Eyre Crowe (30 lipca 1864 – 28 kwietnia 1925) był uczestnikiem wydarzeń, które doprowadziły do wojny 1914-1918, był jednym z głównych organizatorów blokady Niemiec, przyczynił się do zakończenia kryzysu Ruhry w latach 1923-24 i odegrał ważną rolę w akceptacji planu Dawesa na konferencji londyńskiej w 1924 roku. Krótko przed śmiercią przekonał sceptyczny gabinet do przyjęcia polityki, której kulminacją był pakt z Locarno. Jednak Crowe odegrał dziwną rolę na paryskiej konferencji pokojowej w 1919 roku. Najbardziej znający się na Wielkiej Brytanii ekspert od Niemiec, został zmarginalizowany przez Lloyda George’a przed podpisaniem traktatu wersalskiego, ale potem odegrał wiodącą rolę jako pełnomocny ambasador.
Memorandum Crowe’a z 1907 r. na ponad czterdzieści lat wywarło głęboki wpływ na postrzeganie Niemiec przez brytyjskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych. Polityka Crowe’a przed II wojną światową w stosunku do Niemiec była przeciwstawiana przez Neville’a Chamberlaina i brytyjskiego ambasadora w Berlinie, Neville’a Hendersona. Crowe wierzył, że Niemcy są wielkim narodem, ale Wielka Brytania poszła na zbyt wiele ustępstw. Dyplomaci z Ministerstwa Spraw Zagranicznych widzieli nawet wymachiwanie kopiami memorandum (wtedy już opublikowanym dokumentem) przed dziennikarzami z proapeasementowej gazety Times.
Notatka dotycząca obecnego stanu stosunków Wielkiej Brytanii z Francją i Niemcami
jest notatką skierowaną do brytyjskiego ministra spraw zagranicznych, sir Edwarda Greya, autorstwa sir Eyre’a Crowe’a, urzędnika Ministerstwa Spraw Zagranicznych, dotyczącą rosnącego zagrożenia, jakie dla Wielkiej Brytanii stanowi Cesarstwo Niemieckie.
Data: 1 stycznia 1907 r.
Porozumienie angielsko-francuskie z 8 kwietnia 1904 r. było wynikiem szczerego i gorącego pragnienia, swobodnie wyrażanego przez wszystkie warstwy społeczne i partie obu krajów, aby podjąć poważne wysiłki w celu jak największego złagodzenia licznych różnic, które były źródłem nieustannych tarć między nimi. W Anglii pragnienie poprawy stosunków z Francją było przede wszystkim kolejnym przejawem ogólnej tendencji brytyjskich rządów do wykorzystywania każdej okazji do zbliżania się do idealnego stanu życia w honorowym pokoju ze wszystkimi innymi państwami.
Pojawiły się dwie trudności: po pierwsze, konieczne było, aby rząd francuski uświadomił sobie korzyści, jakie Francja odniosłaby z polityki wzajemnych ustępstw, wiążącej się być może – z jej punktu widzenia – z pewnym natychmiastowym poświęceniem, ale skutkującej wyeliminowaniem wszelkich okazji do sporów z potężnym sąsiadem. Po drugie, aby francuscy mężowie stanu mogli przekonać do siebie opinię publiczną własnego kraju – bez której byliby bezsilni – niezbędne było, by podejrzliwość wobec angielskich planów i zamiarów, która przez lata wrogich nastrojów i aktywnej rywalizacji politycznej zatruła umysły Francuzów, ustąpiła miejsca zaufaniu do uczciwości i lojalności rządów brytyjskich nie tylko w wypełnianiu obecnych zobowiązań, ale także w rozwiązywaniu wszelkich przyszłych sporów w duchu pojednawczym i sąsiedzkim. Naturalne było przekonanie, że wzrostu takiego zaufania nie da się szybko wymusić, ale że może ono powoli wyłaniać się w procesie stopniowej ewolucji. To, że ujawniła się ona z nieoczekiwaną szybkością i w sposób nie pozostawiający wątpliwości, wynikało bez wątpienia przede wszystkim z inicjatywy i taktownej wytrwałości króla, ciepło docenianej i oklaskiwanej po obu stronach kanału La Manche. Naród francuski, który zaczął postrzegać króla jako osobę osobiście przywiązaną do ich kraju, dostrzegł w słowach i czynach Jego Królewskiej Mości gwarancję, że wygładzenie różnic politycznych może z powodzeniem utorować drogę do nawiązania prawdziwej i trwałej przyjaźni, opartej na wspólnocie interesów i aspiracji.
Trudno przypuszczać, by brytyjscy i francuscy negocjatorzy nie mieli świadomości, że usunięcie przyczyn tarć – poza tym, że ma ono wartość samą w sobie, jako działanie bezpośrednio sprzyjające pokojowi – zapewniłoby również rządom obu krajów większą swobodę w regulowaniu ich ogólnych stosunków zagranicznych. Ilekroć rząd danego kraju staje w obliczu zewnętrznych trudności wynikających z oporu innego państwa w kwestii praw lub roszczeń narodowych, prawdopodobne stanowisko mocarstw trzecich w odniesieniu do przedmiotu sporu musi zawsze budzić niepokój. Można racjonalnie oczekiwać, że inne mocarstwa aktywnie opowiedzą się po jednej ze stron w sporze, który nie dotyczy ich bezpośrednio, a doświadczenie pokazuje, że zależy to w znacznym stopniu – niezależnie od meritum sporu – od ogólnego kierunku stosunków istniejących między poszczególnymi stronami. Nie da się przecenić znaczenia, jakie w tym kontekście ma istnienie ugruntowanego i opartego na szerokich podstawach systemu przyjaznych stosunków z tymi mocarstwami, których pozycja pozwalałaby im wywrzeć znaczący wpływ na równowagę sił po drugiej stronie. Gdyby można było wyobrazić sobie kraj, którego stosunki zagraniczne byłyby tak korzystne, że w obronie swoich uzasadnionych interesów mógłby zawsze liczyć na przychylność swoich najpotężniejszych sąsiadów, taki kraj nigdy – a przynajmniej nie tak długo, jak długo jego uzbrojenie byłoby utrzymywane na odpowiednim poziomie skuteczności—nie musiałby żywić tych obaw i wątpliwości, które w obecnych warunkach dominujących międzynarodowych zazdrości i rywalizacji zbyt często zmuszają do porzucenia słusznej sprawy jako jedynej alternatywy dla poważniejszego zła i ryzyka, jakim jest danie podejrzliwym i nieprzyjaznym sąsiadom dogodnej okazji do agresji lub wrogiej i upokarzającej ingerencji. Gdyby zarówno Francja, jak i Anglia były w pełni świadome, że w przypadku, gdyby którekolwiek z nich znalazło się w sporze z tą czy inną potęgą, porozumienie anglo-francuskie usunęłoby przynajmniej jedno poważne zagrożenie nieodłącznie związane z taką sytuacją, patriotyczny interes własny, już tylko z tego powodu, uzasadnił i wspierał każdą próbę rozstrzygnięcia nierozwiązanych sporów, o ile okazałyby się one możliwe do rozstrzygnięcia bez narażania żywotnych interesów.
Na pochwałę zasługuje przenikliwość i duch obywatelski pana Delcassé, który postanowił uścisnąć dłoń wyciągniętą do niego przez rząd brytyjski. Próbowano przedstawić tę decyzję jako podyktowaną głównie, jeśli nie wyłącznie, chęcią wzmocnienia pozycji Francji w walce z Niemcami, ponieważ w wyniku zbliżającego się upadku potęgi rosyjskiej w wojnie z Japonią groziło jej, że znajdzie się sama twarzą w twarz ze swoim wielkim wrogiem. Krytyka ta, nawet jeśli nie posuwa się tak daleko, by błędnie przypisywać Entente pierwotnie ofensywny charakter skierowany przeciwko Niemcom, okaże się – po porównaniu dat – oparta na błędzie. Wojna z Japonią, której sama Rosja nie uważała za nieuchronną, zanim faktycznie się rozpoczęła, wybuchła w lutym 1904 roku. To prawda, że porozumienia anglo-francuskie podpisano dwa miesiące później. Nikt jednak, a już na pewno nie rząd francuski, nie przewidział wówczas całkowitej klęski Rosji na Dalekim Wschodzie, ani katastrofalnego wpływu tej porażki na sytuację wewnętrzną w europejskich posiadłościach cara. W rzeczywistości dwie główne krytyczne uwagi skierowane pod adresem ogólnej polityki pana Delcassé w jego własnym kraju dotyczyły po pierwsze tego, że nie wierzył on tym, którzy zapowiadali nadchodzącą wojnę między Rosją a Japonią, a po drugie tego, że po wybuchu wojny niemal do samego końca pozostawał przekonany o ostatecznym zwycięstwie Rosji. Co więcej, negocjacje, które ostatecznie doprowadziły do podpisania porozumień z 8 kwietnia 1904 r., rozpoczęły się już na początku lata 1903 r., kiedy to niewielu odważyłoby się przepowiedzieć, że Rosja wkrótce zostanie rzucona na kolana przez Japonię. Gdyby można było posunąć się tak daleko, by uznać, że sama możliwość takiej porażki mogła zacząć zaprzątać umysł pana Delcasségo wczesną wiosną 1904 roku, i że ta refleksja mogła przyczynić się do przekonania go o słuszności kontynuowania negocjacji z Anglią, to i tak nie można by z całą pewnością stwierdzić, że jego głównym celem przy podejmowaniu tych negocjacji było poszukiwanie w nowym kręgu ogólnego wsparcia politycznego, którego tymczasowe zaćmienie znaczenia Rosji groziło pozbawieniem jego kraju. Jednak nawet gdyby osłabienie sojuszu francusko-rosyjskiego było głównym i jawnym powodem, dla którego Francja dążyła do porozumienia z Anglią, nie uzasadniałoby to zarzutu, że zawarcie takiego porozumienia stanowiło prowokację i celowe zagrożenie dla Niemiec. Nikt nigdy poważnie nie przypisywał sojuszowi francusko-rosyjskiemu charakteru porozumienia zawartego w duchu wojowniczej agresji. To, że połączenie tak miłującego pokój narodu, jakim jest Anglia, z Francją i Rosją, a tym bardziej zastąpienie Rosji przez Anglię w sojuszu z Francją, miałoby skutkować przekształceniem organizacji o charakterze niewątpliwie obronnym w sojusz ofensywny skierowany bezpośrednio przeciwko Niemcom, nie mogło być szczerym przekonaniem żadnego kompetentnego badacza historii współczesnej. A jednak właśnie takie oskarżenie wysunięto w 1905 roku przeciwko panu Delcassé, a przy okazji także przeciwko lordowi Lansdowne’owi. Było to jednak w czasie, gdy pozycja Francji wydawała się na tyle osłabiona, że można było oczekiwać, iż będzie można ją bezkarnie obrażać, gdy bitwa pod Mukdenem ujawniła ostateczną klęskę sojusznika Francji, gdy wewnętrzne niepokoje zaczęły podważać całą pozycję Rosji jako mocarstwa, z którym należy się liczyć, oraz gdy anglo-francuska Ententa nie była jeszcze postrzegana jako głęboko zakorzeniona w świadomości obu narodów, od tak dawna politycznie skłóconych. W 1904 roku, w momencie opublikowania porozumienia, zaraz po jego podpisaniu, nie słychać było żadnego sygnału alarmowego, nie szeptano nawet o jakiejkolwiek mściwej krytyce polityki pana Delcassé. Wówczas, choć świat był nieco zaskoczony, porozumienie zostało przyjęte przez wszystkie zagraniczne rządy bez widocznych obaw, a nawet z oznakami ulgi i zadowolenia. W Berlinie kanclerz cesarski, w trakcie ważnej debaty w Reichstagu, oficjalnie oświadczył, że Niemcy nie mogą mieć żadnych zastrzeżeń wobec polityki zawartej w Entente oraz że, w szczególności w odniesieniu do postanowień dotyczących Maroka, nie mają powodu obawiać się, iż ich interesy zostaną zignorowane.
Historia wydarzeń, które nastąpiły później, a których kulminacją była konferencja w Algeciras, ujawniła całemu światu, jak mało deklaracja księcia Billowa odpowiadała rzeczywistym odczuciom kierującym rządem niemieckim. Wydarzeń tych nie trzeba przypominać bardziej szczegółowo. Są one wciąż świeże w pamięci opinii publicznej.
Utrzymywanie stanu napięcia i antagonizmu między mocarstwami trzecimi było, jak otwarcie przyznawano, jednym z głównych elementów politycznych kombinacji Bismarcka, dzięki którym najpierw zapewnił, a następnie starał się utrzymać dominującą pozycję Niemiec na kontynencie. Nie zaprzecza się już, że nakłaniał Anglię do zajęcia Egiptu i kontynuowania okupacji, ponieważ słusznie przewidział, że utrwali to antagonizm między Anglią a Francją. Podobnie konsekwentnie przekonywał Rosję, że w jej interesie leży skierowanie swoich ekspansjonistycznych ambicji z krajów bałkańskich na Azję Środkową, gdzie miał nadzieję, że zarówno Rosja, jak i Anglia, z powodu nieuniknionego konfliktu interesów, będą się wzajemnie w pełni zajmować. Incydent w Penjdeh, który niemal doprowadził do wojny, był wynikiem jego bezpośredniej sugestii, że nadszedł sprzyjający moment dla Rosji do podjęcia działań. Księciu Bismarckowi udało się również za pomocą najróżniejszych środków – w tym słynnego traktatu reasekuracyjnego z Rosją – utrzymać Francję i Rosję w rozłamie tak długo, jak długo pozostawał na stanowisku. Zawarcie sojuszu francusko-rosyjskiego jakiś czas po upadku Bismarcka napełniło Niemcy niepokojem i obawami, a kraj ten nie zaprzestał wysiłków, by przynajmniej zneutralizować ten sojusz poprzez nawiązanie jak najbliższych stosunków z Rosją. Z tego punktu widzenia osłabienie ogólnej pozycji Rosji niosło ze sobą jednocześnie dwie korzyści. Obiecywało ono uwolnienie Niemiec na jakiś czas od wszelkiego niebezpieczeństwa agresji na ich wschodniej granicy, a także pozbawiało Francję potężnego wsparcia, które jako jedyne pozwalało jej dotychczas stawiać czoła Niemcom na arenie politycznej na równych prawach. To naturalne, że poczucie satysfakcji wynikające ze względnego wzrostu siły spowodowanego tymi dwiema przyczynami zostało nieco brutalnie zahamowane przez nieoczekiwaną wiadomość, że Francja doszła do porozumienia z Anglią.
W rzeczywistości wkrótce stało się jasne, że rząd cesarza, wbrew temu, co udawał książę Billow, wcale nie z zadowoleniem przyjął zbliżenie angielsko-francuskiego, lecz był głęboko zaniepokojony samym zniknięciem wszelkich przyczyn tarć między tymi dwoma mocarstwami zachodnimi i był zdecydowany uciec się do wszelkich środków, które mogłyby doprowadzić do rozpadu nowego sojuszu politycznego, który – jak się obawiano – mógłby ostatecznie okazać się kolejną przeszkodą na drodze do niemieckiej supremacji, podobnie jak wcześniej postrzegano sojusz francusko-rosyjski. Nie można też nie dostrzegać faktu, że Niemcy z pewnością będą równie zdecydowanie sprzeciwiać się ewentualnemu porozumieniu angielsko-rosyjskiemu; i rzeczywiście istnieją już niezbite dowody na działania niemieckie mające na celu zapobieżenie wystąpieniu takiej ewentualności w najbliższej przyszłości.
Niemieckiego stanowiska w tej sprawie nie można lepiej ująć niż uczynił to pan von Tschirschky, obecnie minister spraw zagranicznych w Berlinie, a wówczas minister pruski w Hamburgu, przemawiając w Nowy Rok 1906 r. do konsula generalnego Jego Królewskiej Mości w tym mieście. Powiedział on:
„Polityka Niemiec zawsze polegała i będzie polegać na próbach udaremnienia wszelkich koalicji między dwoma państwami, które mogłyby zaszkodzić interesom i prestiżowi Niemiec; a Niemcy, gdyby uznały, że taka koalicja się tworzy, nawet gdyby jej rzeczywiste skutki nie zostały jeszcze wprowadzone w życie, nie zawahałyby się podjąć takich kroków, jakie uznałyby za stosowne, aby tę koalicję rozbić”.
Zgodnie z tą polityką, która – niezależnie od jej zalet czy wad – jest z pewnością całkiem zrozumiała, Niemcy czekały na dogodny moment do podjęcia działań, mając na celu rozbicie, o ile to możliwe, anglo-francuskiej ententy. Kiedy Rosja chwiała się pod miażdżącymi ciosami zadanymi przez Japonię i była zagrożona wewnętrzną rewolucją, rozpoczęła się niemiecka kampania. Cel, jakim było zduszenie w zarodku młodej przyjaźni między Francją a Anglią, miał zostać osiągnięty poprzez wykorzystanie jako przykrywki właśnie tych interesów w Maroku, o których kanclerz cesarski zaledwie rok wcześniej publicznie oświadczył, że w żaden sposób nie są zagrożone.
Teren nie został wybrany bez umiejętności. Poprzez bezpośrednią groźbę wojny, do której Francja, jak wiadomo, nie była przygotowana, miała zostać zmuszona do bezwarunkowej kapitulacji. Anglia, po oficjalnym zapytaniu, przyznała, że poza warunkami porozumienia, które zobowiązywało ją do udzielenia Francji wsparcia dyplomatycznego w Maroku, nie była zobowiązana do dalszej współpracy. Jej niechęć do podejmowania ekstremalnych środków, nawet w obliczu poważnej prowokacji, została niedawno wystawiona na próbę podczas incydentu na Dogger Bank. Uważano za praktycznie pewne, że Anglia wstrzyma się od udzielenia Francji pomocy zbrojnej, ale na wypadek, gdyby to uczyniła, zadbano o podburzenie francuskiej opinii publicznej poprzez przedstawianie w korupcyjnej prasie, że Anglia, kierując się własnym egoistycznym interesem, próbuje popchnąć Francję do wojny z Niemcami, ujawniając w ten sposób tajne zamiary, które skłoniły ją do dążenia do zawarcia ententy.
Wiemy obecnie, że była to polityka, którą pan von Holstein przy wsparciu księcia Billowa zdołał narzucić niemieckiemu cesarzowi. Początkowo zapowiadała się ona na sukces. M. Delcassé upadł; Francja, całkowicie przerażona, wykazała chęć pójścia na ustępstwa wobec Niemiec i gotowość do uwierzenia, że przyjaźń Anglii, zamiast być pomocna, okazuje się katastrofalna. Trudno powiedzieć, co by się stało, gdyby w tym krytycznym momencie Niemcy, pod umiejętnym przewodnictwem kogoś pokroju Bismarcka, okazały się zadowolone ze swojego zdecydowanego triumfu i gotowe pod każdym względem ułatwić Francji drogę, proponując przyjazne rozwiązanie kwestii marokańskiej w sposób, który pozwoliłby uniknąć zranienia jej honoru narodowego. Niemcy zrezygnowałyby być może z niektórych nominalnych korzyści, które później wywalczyły od niechętnej i wrogo nastawionej Francji podczas konferencji w Algeciras. Nie zaszkodziłoby to Niemcom, których rzeczywistym interesom – jak już dawno temu stwierdził Bismarck – dobrze przysłużyłoby się uwikłanie Francji w Maroku pod względem militarnym i finansowym, podobnie jak Anglia uwikłała się w Egipcie. Z drugiej strony polityka pełnych godności ustępstw ze strony Niemiec oraz ograniczenie ich żądań wyłącznie do uznania ich istniejących praw w Maroku i traktowania ich jak przyjaciela pogłębiłyby przekonanie, które na tym etapie narzucało się umysłowi rządu francuskiego, że pełne czerpanie korzyści, których nie udało się skutecznie zapewnić w ramach porozumienia zawartego z Anglią, byłoby możliwe dzięki polubownemu porozumieniu z Niemcami.
W tym momencie polityka pana von Holsteina posunęła się za daleko. Groźbowa postawa rządu niemieckiego utrzymywała się. Francuskie propozycje pozostały bez odpowiedzi. Nalegano na zwołanie konferencji europejskiej na warunkach szczególnie upokarzających dla Francji. W Fezie hrabia Tattenbach przeprowadził manewry polegające na drobnych oszustwach w sprawach koncesji i pożyczek, które uznano za już rozstrzygnięte w przeciwnym sensie na mocy specjalnych umów, na które niechętnie zgodzono się w Paryżu. Dla następców pana Delcassé stało się jasne, że został on poświęcony na próżno. Jego pierwotna polityka ponownie ujawniła się jako jedyna zgodna z godnością narodową i ostateczną niezależnością. Wraz z nią odrodziła się pewność, że bezpieczeństwo leży w zbliżeniu się do Anglii. Szczerze wysunięto śmiałe żądanie zawarcia z nią sojuszu zbrojnego na wypadek niemieckiego ataku. Był to być może najbardziej krytyczny moment dla ententy.
Czy Francja wysłucha i doceni argumenty, które rząd brytyjski z pewnością przedstawi przeciwko zawarciu w tej chwili ostatecznego sojuszu? Jeśli uzna te argumenty za słuszne, to czy być może nieuniknione poczucie natychmiastowego rozczarowania nie wpłynie mimo wszystko niekorzystnie na dopiero co odnowione zaufanie do lojalności Anglii? Gdyby tak się stało, cel Niemiec byłby bliski realizacji. Francja, choć z wielkim smutkiem, przekonałaby się o konieczności bezwarunkowego przyjęcia warunków, jakie wówczas proponowały Niemcy, a które praktycznie oznaczały uznanie, że francuska polityka zagraniczna musi być kształtowana zgodnie z rozkazami z Berlina. Gorycz takiej politycznej kapitulacji wywołałaby naturalnie niezmierzoną nienawiść wobec rzekomego przyjaciela, który odmówił wyciągnięcia pomocnej dłoni w chwili potrzeby.
Postawa przyjęta w tych trudnych warunkach przez rząd Jego Królewskiej Mości została uzasadniona wynikami. Trudności stojące na drodze do natychmiastowego przekształcenia ententy w sojusz zostały szczerze i stanowczo wyjaśnione. Jednocześnie Niemcy zostały wyraźnie ostrzeżone, a pozostałe główne mocarstwa poinformowane, że nie można oczekiwać, iż opinia publiczna w Anglii pozostanie obojętna, i że niemal na pewno zażąda ona aktywnej interwencji każdego brytyjskiego rządu, gdyby doszło do sporu z Francją z powodu prowadzenia przez nią polityki, w której Anglia miała honorowy obowiązek jej wspierać.
Nie ma wątpliwości, że w pierwotnych kalkulacjach zarówno Niemiec, jak i Francji pojawił się element blefu. Pan Delcassé, któremu należy przyznać wystarczającą dalekowzroczność, by już na początku 1905 roku, jeśli nie wcześniej, zdał sobie sprawę, że jego polityka naraża jego kraj na niechęć germańskiego sąsiada, poprzez zaniedbanie podjęcia środków ostrożności wojskowych udowodnił, że w swoim umyśle zlekceważył wszelkie niemieckie groźby jako nierealne i pozbawione konsekwencji. Nie liczył się z zdolnością do wpadania w niepokój i popadania w panikę, która tkwi w nerwowych sercach nieprzygotowanej francuskiej opinii publicznej, ani z brakiem lojalności charakterystycznym dla francuskich mężów stanu w ich stosunku do siebie nawzajem. Za swój błąd zapłacił własnym życiem.
Niemcy ze swojej strony tak naprawdę nie rozważały wojny, ponieważ były przekonane, że Francja, zdając sobie sprawę z własnego braku przygotowania i niezdolności do stawienia czoła atakowi, ulegnie groźbom. Jednak nie doceniły siły brytyjskich nastrojów ani charakteru ministrów Jego Królewskiej Mości. Koalicja zbrojna Anglii i Francji przeciwko Niemcom nie mieściła się w ich prognozach i nie były w stanie stawić czoła potencjalnemu zagrożeniu, jakie ona stwarzała. Obecnie wiadomo, że pan von Holstein, a za jego namową także książę Bülow, praktycznie postawili na szali swoje opierając się na przepowiedni, że żaden rząd brytyjski, poddany wystarczającym naciskom i zastraszeniu, nie stanąłby po stronie Francji, która od wieków była wszechobecnym przeciwnikiem Anglii i nadal pozostawała sojuszniczką Rosji – „odwiecznego wroga” Anglii. Jeszcze niedawno, w czasie trwania konferencji międzynarodowej w Algeciras, niemieccy delegaci, działając zgodnie z instrukcjami księcia Bülowa, poufnie i z całą powagą przekonywali brytyjskiego przedstawiciela o głupocie i niebezpieczeństwie poparcia Francji, przedstawiając w atrakcyjnych barwach politykę współpracy z Niemcami w celu obalenia Francji. Nawet w tej chwili wierzono, że Anglię da się przekonać. Tak poważne błędne wyobrażenie o tym, do czego zdolny może być rząd brytyjski, ujawnione w takim momencie, lepiej niż wiele bezpośrednich wypowiedzi pokazuje, w jakim szacunku Anglię darzono w odpowiedzialnych kręgach w Berlinie. Błąd ten ostatecznie okazał się fatalny w skutkach dla wytrwałego inspiratora tej polityki, ponieważ jej przyznana porażka w obecnej sytuacji najwyraźniej sprawiła, że konieczne stało się znalezienie kozła ofiarnego. Kiedy, wbrew radom herra von Holsteina, Niemcy w końcu poczyniły w Algeciras ustępstwa, które jako jedyne umożliwiły zawarcie traktatu międzynarodowego, został on haniebnie zwolniony przez księcia Bülowa, który do tej pory konsekwentnie działał zgodnie z tą samą linią i musiał odegrać główną rolę w rekomendowaniu cesarzowi tej nieudanej polityki.
Kiedy podpisanie Aktu z Algeciras zamknęło pierwszy rozdział konfliktu dotyczącego Maroka, anglo-francuska ententa nabrała innego znaczenia niż to, jakie miała w momencie jej powstania. Wówczas było to jedynie polubowne rozstrzygnięcie konkretnych nierozstrzygniętych sporów, dające nadzieję na przyszłe harmonijne stosunki między dwoma sąsiadującymi krajami, które przyzwyczaiły się do patrzenia na siebie z nieufnością; teraz pojawił się element wspólnego oporu wobec zewnętrznych dyktatów i agresji, jedność szczególnych interesów zmierzająca do przekształcenia się w aktywną współpracę przeciwko trzeciej potędze. Należy koniecznie pamiętać, że ta nowa cecha porozumienia była bezpośrednim skutkiem wysiłków Niemiec zmierzających do jego rozbicia oraz że gdyby nie aktywna lub groźna wrogość Niemiec, takie antyniemieckie nastawienie, jakie – trzeba przyznać – porozumienie przybrało niegdyś, z pewnością nie istniałoby obecnie, ani prawdopodobnie nie przetrwałoby w przyszłości. Jednak to, czy antagonizm wobec Niemiec, do którego Anglia została tym razem doprowadzona wbrew swojej woli i zamiarom, był jedynie efemerycznym incydentem, czy też symptomatycznym objawem jakiejś głęboko zakorzenionej, naturalnej sprzeczności między polityką i interesami obu krajów, jest kwestią, której brytyjscy mężowie stanu z pewnością nie powinni pozostawiać w niejasności. Właśnie na tę kwestię należy zatem skierować uwagę.
Ogólny charakter polityki zagranicznej Anglii wynika z niezmiennych uwarunkowań jej położenia geograficznego na morskim skrzydle Europy jako państwa wyspiarskiego posiadającego rozległe zamorskie kolonie i terytoria zależne, których istnienie i przetrwanie jako niezależnej wspólnoty są nierozerwalnie związane z posiadaniem przeważającej potęgi morskiej. Ogromny wpływ takiej przewagi został opisany na klasycznych kartach dzieła kapitana Mahana. Nikt już tego nie kwestionuje. Potęga morska jest potężniejsza od potęgi lądowej, ponieważ jest tak wszechobecna jak żywioł, w którym się porusza i w którym istnieje. Jej groźny charakter daje się odczuć tym bardziej bezpośrednio, że państwo morskie jest, w dosłownym sensie tego słowa, sąsiadem każdego kraju dostępnego drogą morską. Byłoby zatem rzeczą naturalną, że potęga państwa dominującego na morzu budziłaby powszechną zazdrość i strach oraz byłaby nieustannie narażona na niebezpieczeństwo obalenia przez ogólny sojusz światowy. Żadne państwo nie byłoby w stanie na dłuższą metę oprzeć się takiemu sojuszowi, a już na pewno nie małe królestwo wyspiarskie, nieposiadające siły zbrojnej ludu wyszkolonego w sztuce wojennej i uzależnione w zakresie zaopatrzenia w żywność od handlu zamorskiego. W praktyce niebezpieczeństwo to można zażegnać jedynie – a historia pokazuje, że tak właśnie się stało – pod warunkiem, że polityka narodowa państwa wyspiarskiego i morskiego jest ukierunkowana tak, by harmonizować z ogólnymi pragnieniami i ideałami wspólnymi dla całej ludzkości, a w szczególności, by była ściśle powiązana z podstawowymi i żywotnymi interesami większości, lub jak największej liczby, pozostałych narodów. Najważniejszym interesem wszystkich krajów jest zachowanie niepodległości narodowej. Wynika z tego, że Anglia, bardziej niż jakakolwiek inna potęga niebędąca państwem wyspiarskim, ma bezpośredni i istotny interes w utrzymaniu niepodległości narodów, a zatem musi być naturalnym wrogiem każdego kraju zagrażającego niepodległości innych oraz naturalnym obrońcą słabszych społeczności.
Tuż po ideale niepodległości narody zawsze ceniły sobie prawo do swobodnych kontaktów i handlu na światowych rynkach, a w miarę jak Anglia broni zasady jak największej ogólnej swobody handlu, tym bardziej niewątpliwie umacnia swoją pozycję w zakresie opartej na wspólnych interesach przyjaźni z innymi narodami – przynajmniej na tyle, by zmniejszyć ich obawy przed dominacją morską w rękach Anglii opowiadającej się za wolnym handlem, w porównaniu z obawami, jakie budziłaby w nich dominująca potęga protekcjonistyczna. Jest to aspekt kwestii wolnego handlu, który często bywa pomijany. Słusznie powiedziano, że każdy kraj, gdyby miał wybór, „oczywiście wolałby sam sprawować dominację na morzu”, ale że skoro ten wybór jest wykluczony, wolałby raczej, by władzę tę sprawowała Anglia niż jakiekolwiek inne państwo.
Historia pokazuje, że zagrożenie dla niepodległości tego czy innego narodu wynikało zazwyczaj, przynajmniej częściowo, z chwilowej dominacji sąsiedniego państwa, które było jednocześnie potęgą militarną, gospodarczo wydajne i ambitne w dążeniu do poszerzania swoich granic lub rozszerzania wpływów, przy czym zagrożenie to było wprost proporcjonalne do stopnia jego potęgi i wydajności, oraz do spontaniczności lub „nieuchronności” jego ambicji. Jedyną przeszkodą w nadużywaniu politycznej przewagi wynikającej z takiej pozycji zawsze był opór równie potężnego rywala lub sojuszu kilku krajów tworzących ligi obronne. Równowaga ustanowiona przez takie zgrupowanie sił jest technicznie znana jako równowaga sił, a utożsamianie długofalowej polityki Anglii z utrzymywaniem tej równowagi poprzez przechylanie szali raz w tę, raz w tę stronę, ale zawsze po stronie przeciwnej do politycznej dyktatury najsilniejszego pojedynczego państwa lub grupy w danym momencie.
Jeśli ten pogląd na politykę brytyjską jest słuszny, to sprzeciw, do którego Anglia nieuchronnie musi zostać zmuszona wobec każdego kraju dążącego do takiej dyktatury, przybiera niemal formę prawa natury, co rzeczywiście zostało teoretycznie wykazane i zilustrowane historycznie przez wybitnego autora zajmującego się angielską polityką narodową.
Stosując to ogólne prawo do konkretnego przypadku, można by podjąć próbę ustalenia, czy w danym momencie jakieś potężne i ambitne państwo znajduje się w stanie naturalnej i nieuniknionej wrogości wobec Anglii, czy też nie; i być może można by w ten sposób zbadać obecną pozycję Niemiec. Każde takie badanie musi przybrać formę analizy mającej na celu ustalenie, czy Niemcy faktycznie dążą do politycznej hegemonii w celu promowania czysto niemieckich planów ekspansji oraz ustanowienia niemieckiej dominacji w świecie polityki międzynarodowej kosztem i ze szkodą dla innych narodów.
Pod względem polityki zagranicznej współczesne Cesarstwo Niemieckie można uznać za spadkobiercę lub potomka Prus. W historii Prus być może najbardziej niezwykłą cechą, obok sukcesji utalentowanych władców oraz energii i zamiłowania do uczciwej pracy charakterystycznych dla ich poddanych, jest proces, w wyniku którego na wąskich fundamentach skromnego margrabstwa brandenburskiego w stosunkowo krótkim czasie wzniesiono solidna struktura europejskiego mocarstwa. Proces ten polegał na systematycznym powiększaniu terytorium, osiągniętym głównie siłą miecza, przy czym najważniejsze i decydujące podboje były celowo podejmowane przez ambitnych władców lub mężów stanu w jawnym celu zapewnienia Prusom rozmiarów, spójności, liczby mil kwadratowych oraz liczby ludności niezbędnych do wyniesienia jej do rangi i wpływów państwa pierwszej klasy. Wszystkie inne kraje dokonały swoich podbojów, z których wiele było znacznie większych i bardziej krwawych. Nie ma tu i teraz mowy o rozważaniu ani omawianiu ich względnych zalet czy uzasadnienia. Obecnie interesuje nas skupienie uwagi na szczególnych okolicznościach, które nadały rozwojowi Prus ich specyficzny charakter. Nie była to kwestia zamiłowania króla do podbojów jako takich, ani aneksji ziem uważanych pod względem geograficznym lub etnicznym za integralną część prawdziwego terytorium narodowego, ani też mniej lub bardziej nieświadomej tendencji narodu do ekspansji pod wpływem bujnej witalności, mającej na celu pełniejszy rozwój życia narodowego i zasobów. Była to raczej sytuacja, w której władca małego i słabego państwa wasalnego mówił: „Chcę, aby mój kraj był niezależny i potężny. Nie może nim być w ramach obecnych granic i przy obecnej liczbie ludności. Muszę mieć większe terytorium i więcej mieszkańców, a w tym celu muszę zorganizować silne siły zbrojne”.
Największym i klasycznym przedstawicielem w historii nowożytnej polityki polegającej na celowym przekształcaniu małego państwa w duże był Fryderyk Wielki. Dzięki nagłemu zajęciu Śląska w czasach głębokiego pokoju oraz dzięki pierwszemu rozbiorowi Polski praktycznie podwoił swoje odziedziczone terytorium. Utrzymując najskuteczniejszą i najpotężniejszą armię swoich czasów oraz przyłączając się do Anglii w jej wielkich wysiłkach na rzecz zachowania równowagi sił w obliczu ekspansji Francji, z powodzeniem utrzymał pozycję swojego kraju jako jednej z europejskich wielkich mocarstw. Polityka pruska pozostawała inspirowana tymi samymi zasadami również za panowania jego następców. Wystarczy jedynie wspomnieć o drugim i trzecim rozbiorze Polski; o wielokrotnych próbach aneksji Hanoweru w zmowie z Napoleonem; o rozbiorze Saksonii oraz o wymianie prowincji nadreńskich na
zrzeczenie się ziem polskich w 1815 roku; aneksję Szlezwiku-Holsztynu w 1864 roku; ostateczne włączenie Hanoweru i Hesji Książęcej oraz inne przywłaszczenia terytorialne w 1866 roku; a wreszcie odzyskanie Alzacji i Lotaryngii od Francji w 1871 roku. Nie twierdzi się oczywiście, że wszystkie te zdobycze mają taki sam charakter. Łączy je to, że wszystkie zostały zaplanowane w celu stworzenia wielkich Prus lub Niemiec.
Wraz z wydarzeniami z 1871 roku duch Prus przeszedł do nowych Niemiec. W żadnym innym kraju nie ma przekonania tak głęboko zakorzenionego w samym ciele i duszy wszystkich warstw społeczeństwa, że zachowanie praw narodowych i realizacja ideałów narodowych opierają się całkowicie na gotowości każdego obywatela, by w ostateczności postawić na szali siebie i swoje państwo w imię ich dochodzenia i obrony. „Krwią i żelazem” Prusy wywalczyły sobie pozycję w gronie wielkich mocarstw Europy. Z czasem stało się tak, że dzięki impulsowi, jaki nowo zdobyta jedność nadała każdej dziedzinie życia narodowego, a zwłaszcza dzięki rosnącemu rozwojowi handlu zamorskiego, którego obroty stale wzrastały i przepływały przez obecnie cesarskie porty dawnych „niezależnych”, ale politycznie nieistotnych miast hanzeatyckich, przed energią młodego imperium otworzył się cały świat poza Europą, którego wcześniej nie miało ono okazji dostrzec inaczej niż bardzo mgliście. Płynąc przez ocean na niemieckich statkach, niemieccy kupcy po raz pierwszy zaczęli dostrzegać prawdziwą pozycję takich krajów jak Anglia, Stany Zjednoczone, Francja, a nawet Niderlandy, których wpływ polityczny sięga odległych mórz i kontynentów. Szczególnie kolonie i zagraniczne posiadłości Anglii postrzegano jako czynniki nadające temu krajowi uznany i godny pozazdroszczenia status w świecie, w którym nazwa Niemiec – o ile w ogóle była wspominana – nie budziła żadnego szczególnego zainteresowania. Wpływ tego odkrycia na niemiecką świadomość był ciekawy i pouczający. Oto rozległa dziedzina ludzkiej działalności, do której sam tytuł i ranga europejskiej wielkiej potęgi nie stanowiły wystarczającego przepustki. Na tym polu o ogromnej skali, całkowicie przyćmiewającym rozmiary krajów europejskich, inni – którzy być może byli dotychczas traktowani z pewną pogardą jako stosunkowo mniejsze narody – czuli się jak u siebie i sprawowali władzę, podczas gdy Niemcy były w najlepszym razie przyjmowane jedynie jako honorowi goście. Istniała tu wyraźna nierówność, z wyraźną przewagą na korzyść mocarstw morskich i kolonialnych.
Taki stan rzeczy nie podobał się niemieckiej dumie patriotycznej. Niemcy wywalczyły sobie miejsce jako jedna z wiodących, jeśli nie wręcz czołowa potęga na kontynencie europejskim. Jednak ponad europejskimi mocarstwami wydawały się górować „mocarstwa światowe”. Od razu stało się jasne, że Niemcy muszą stać się „mocarstwem światowym”. Ewolucja tej idei i jej przełożenie na praktyczną politykę przebiegały z niezwykłą konsekwencją zgodnie z linią myślenia, która inspirowała królów pruskich w ich wysiłkach na rzecz uczynienia Prus wielkim państwem. „Jeśli Prusy” – powiedział Fryderyk Wielki – „mają liczyć się w radach Europy, muszą stać się wielką potęgą”. I echo: „Jeśli Niemcy chcą mieć coś do powiedzenia w sprawach rozległego świata oceanicznego, muszą stać się »mocarstwem światowym«”. „Chcę więcej terytorium” – powiedziały Prusy. „Niemcy muszą mieć kolonie” – głosi nowa polityka światowa. I zgodnie z tym założeniem zakładano kolonie w miejscach, które uznano za wciąż nieprzywłaszczone lub z których można było wyprzeć innych poprzez energiczne dochodzenie niemieckiego prawa do „miejsca pod słońcem”: Damaraland, Kamerun, Togoland, Niemiecka Afryka Wschodnia, Nowa Gwinea oraz grupy innych wysp na Pacyfiku. Przykład niemiecki, co było rzeczą naturalną, znalazł chętnych naśladowców, a mapa terytoriów nieprzywłaszczonych zapełniła się z zaskakującą szybkością. Kiedy dokonano ostatecznego podsumowania, rzeczywisty zysk Niemiec wydawał się, nawet w niemieckich oczach, nieco skromny. Kilka nowych posiadłości dodano poprzez zakup lub porozumienie międzynarodowe – Wyspy Karolińskie, Samoa, Helgoland. Transakcja w starym pruskim stylu zapewniła Niemcom Kiao-chau. Ogólnie rzecz biorąc, „kolonie” okazały się jednak aktywami o nieco wątpliwej wartości.
Tymczasem marzenie o imperium kolonialnym głęboko zakorzeniło się w niemieckiej wyobraźni. Cesarz, mężowie stanu, dziennikarze, geografowie, ekonomiści, domy handlowe i żeglugowe oraz cała rzesza wykształconej i niewykształconej opinii publicznej nadal jednym głosem deklarują: Musimy mieć prawdziwe kolonie, gdzie niemieccy emigranci będą mogli się osiedlać i szerzyć narodowe ideały Ojczyzny, a także musimy posiadać flotę i stacje węglowe, aby utrzymać spójność kolonii, które z pewnością zdobędziemy. Na pytanie: „Dlaczego musimy?”, gotowa odpowiedź brzmi: „Zdrowe i potężne państwo, takie jak Niemcy, liczące 60 000 000 mieszkańców, musi się rozszerzać, nie może stać w miejscu, musi posiadać terytoria, na które jego przeludniona ludność będzie mogła emigrować bez rezygnacji z obywatelstwa”. Gdy pojawia się zarzut, że świat jest obecnie faktycznie podzielony między niezależne państwa i że terytorium pod kolonizację można uzyskać jedynie poprzez odebranie go prawowitemu właścicielowi, odpowiedź brzmi ponownie: „Nie możemy wdawać się w takie rozważania. Konieczność nie zna prawa. Świat należy do silnych. Dynamiczny naród nie może pozwolić, by jego rozwój był hamowany przez ślepe trzymanie się status quo. Nie mamy zamiarów wobec cudzych posiadłości, ale tam, gdzie państwa są zbyt słabe, by jak najlepiej wykorzystać swoje terytorium, oczywistym przeznaczeniem tych, którzy mogą i chcą to uczynić, jest zajęcie ich miejsca”.
Nikt, kto zna niemiecką myśl polityczną i cieszy się zaufaniem niemieckich przyjaciół wyrażających swoje poglądy otwarcie i swobodnie, nie może zaprzeczyć, że są to idee głoszone z dachów, a niezdolność do identyfikowania się z nimi jest w Niemczech postrzegana jako cecha uprzedzonego obcokrajowca, który nie potrafi wczuć się w prawdziwe odczucia Niemców. W tym kontekście warto również odnieść się do serii cesarskich sentencji, które od czasu do czasu służyły krystalizacji panujących nastrojów niemieckich, a niektóre z nich zasługują na przytoczenie: „Nasza przyszłość leży na wodzie”. „Trójząb musi znajdować się w naszych rękach”. „Niemcy muszą ponownie przejąć swoje dziedzictwo dominacji morskiej, niegdyś niekwestionowanej w rękach starej Hanzy”. „Żadna kwestia polityki światowej nie może zostać rozstrzygnięta bez zgody cesarza niemieckiego”. „Cesarz Atlantyku wita cesarza Pacyfiku” itp.
Znaczenie tych pojedynczych wypowiedzi można łatwo wyolbrzymiać. Rozpatrywane łącznie, ich łączny efekt potwierdza wrażenie, że Niemcy wyraźnie dążą do odgrywania na światowej scenie politycznej znacznie większej i znacznie bardziej dominującej roli, niż ta, która przypisana jest im w ramach obecnego podziału sił materialnych. Ocenianie tej teorii narodowej samoafirmacji tak, jakby była to kwestia moralna, którą należy rozwiązać poprzez kazuistyczne stosowanie zasad regulujących zachowania prywatne we współczesnych społeczeństwach, oznaczałoby zbyt wąskie spojrzenie na rolę krytyki politycznej. Historia ma zwyczaj uzasadniać działania państw na podstawie ich ogólnych skutków, często zwracając jedynie niewielką uwagę na etyczny charakter zastosowanych środków. Uznaje się, że bezlitosne podboje Republiki Rzymskiej i Cesarstwa Rzymskiego doprowadziły do zorganizowania najlepszych sił świata, co – dzięki charakterystycznemu i trwałemu impulsowi, jaki nadały one cywilizacji starożytnej – w pełni zrekompensowało nieuczciwość moralności politycznej zdobywców. Piotr Wielki i Katarzyna II są słusznie bohaterami w oczach Rosji, która w dużej mierze zawdzięcza ich bezskrupułowej i przebiegłej polityce swoje istnienie jako potężnego i zjednoczonego narodu. Aroganckie zajęcie Śląska przez Fryderyka Wielkiego, podłe intrygi, które doprowadziły do pierwszego rozbioru Polski, oraz zawiłe manewry, dzięki którym Bismarck zapewnił Prusom Szlezwik-Holsztyn dla Prus – są zapomniane lub wybaczane w obliczu potężnych Niemiec, które zapewniły tym i wszystkim innym swoim terytoriom bardziej oświecone rządy, szerszą koncepcję życia narodowego oraz większy udział w chwalebnej tradycji narodowej, niż mogłoby to być ich losem w innych okolicznościach. Niemcy postąpiliby przecież logicznie, gdyby nie wahali się zastosować w swojej obecnej polityce lekcji płynącej z takich historycznych ocen i byli gotowi pozostawić potomności ciężar usprawiedliwiania użycia siły w celu szerzenia korzyści płynących z niemieckich rządów nad obecnie niechętnymi narodami. Żaden współczesny Niemiec nie przyznałby się do zwykłej żądzy podbojów dla samych podbojów. Jednak niejasne i nieokreślone plany ekspansji germańskiej („die Ausbreitung des deutschen Volkstums”) są jedynie wyrazem głęboko zakorzenionego przekonania, że Niemcy, dzięki sile i czystości swojego narodowego celu, żarliwości swojego patriotyzmu, głębią swoich uczuć religijnych, wysokim poziomem kompetencji oraz przejrzystą uczciwością swojej administracji, pomyślnym rozwojem każdej gałęzi działalności publicznej i naukowej, a także wzniosłym charakterem swojej filozofii, sztuki i etyki, zapewniły sobie prawo do potwierdzenia prymatu niemieckich ideałów narodowych. A ponieważ aksjomatem jej wiary politycznej jest to, że prawo, aby mogło zwyciężyć, musi być poparte siłą, łatwo przejść do przekonania, że „dobry niemiecki miecz”, który odgrywa tak wielką rolę w patriotycznych przemówieniach, ma za zadanie rozwiązywać wszelkie trudności, jakie mogą stanąć na drodze do ustanowienia panowania tych ideałów w zgermanizowanym świecie.
Powyższy, bardzo fragmentaryczny zarys uwypuklił pewne ogólne cechy niemieckiej polityki zagranicznej, które – z pewnym roszczeniem do bezstronności, dokładności i jasności – można wywnioskować z jej historii, z wypowiedzi i znanych zamierzeń jej władców i mężów stanu, a także z jednoznacznych przejawów opinii publicznej. Pozostaje rozważyć, czy i w jakim stopniu zasady te, z jednej strony, kierują faktyczną obecną polityką, a z drugiej – stoją w sprzeczności z żywotnymi interesami Anglii oraz innych niezależnych i prężnych państw, ze swobodnym wykonywaniem ich praw narodowych oraz realizacją tego, co one same mogą uważać za swoją misję na tym świecie.
Nie można nawet przez chwilę wątpić, że samo istnienie i zdrowa aktywność potężnych Niemiec są niewątpliwym błogosławieństwem dla świata. Niemcy w najwyższym stopniu uosabiają te najwyższe cechy i cnoty dobrego obywatelstwa, w najszerszym znaczeniu tego słowa, które stanowią chwałę i triumf współczesnej cywilizacji. Świat byłby niezmiernie uboższy, gdyby wszystko, co jest ściśle związane z niemieckim charakterem, niemieckimi ideami i niemieckimi metodami, przestało mieć moc i wpływ. Szczególnie w przypadku Anglii pokrewieństwo intelektualne i moralne budzi sympatię i uznanie dla tego, co najlepsze w niemieckim umyśle, co sprawia, że jest ona naturalnie skłonna przyjmować z zadowoleniem, w interesie ogólnego postępu ludzkości, wszystko, co zmierza do wzmocnienia tej potęgi i wpływów – pod jednym warunkiem: musi istnieć szacunek dla indywidualności innych narodów, które są równie cennymi współpracownikami – na swój sposób – w dziele postępu ludzkości, i które mają równie pełne prawo do swobody działania, by w wolności przyczyniać się do ewolucji wyższej cywilizacji. Anglia, kierując się zdrowym instynktem, zawsze opowiadała się za nieograniczonym działaniem i wzajemnym oddziaływaniem sił narodowych jako najbardziej zgodnym z naturalnym procesem rozwoju. Żadne inne państwo nie posunęło się nigdy tak daleko i tak konsekwentnie jak Imperium Brytyjskie w kierunku zapewnienia swobodnego pola działania sił narodowych w wewnętrznej organizacji różnorodnych ludów zgromadzonych pod berłem króla. Być może jest to zarówno szczęście Anglii, jak i jej zasługa, że przyjmując takie podejście do sposobu, w jaki należy szukać rozwiązania wyższych problemów życia narodowego, wystarczyło jej jedynie zastosować tę samą zasadę w dziedzinie polityki zagranicznej, aby dojść do teorii i praktyki kierującej jej działaniami jako członka międzynarodowej wspólnoty państw.
Tak długo więc, jak Niemcy będą rywalizować o intelektualne i moralne przywództwo na świecie, opierając się na własnych atutach narodowych i energii, Anglia może jedynie podziwiać, pochwalać i dołączyć do tego wyścigu. Jeśli natomiast Niemcy uznają, że większa względna przewaga siły materialnej, rozległość terytorium, nienaruszalne granice oraz dominacja na morzu są niezbędnymi i wstępnymi warunkami, bez których wszelkie dążenia do takiego przywództwa muszą zakończyć się niepowodzeniem, wówczas Anglia musi spodziewać się, że Niemcy z pewnością będą dążyć do osłabienia potęgi wszelkich rywali, do wzmocnienia własnej poprzez rozszerzenie swoich władz, do utrudniania współpracy innych państw, a ostatecznie do rozbicia i zastąpienia Imperium Brytyjskiego.
Jest jednak całkiem możliwe, że Niemcy nie żywią – ani nigdy nie będą świadomie żywić – żadnych planów o tak wywrotowym charakterze. Ich mężowie stanu otwarcie i z oburzeniem je odrzucili. Ich zaprzeczenie może być całkowicie szczere, a oburzenie uzasadnione. Jeśli tak jest, to jest bardzo mało prawdopodobne, by doszło między nimi a Anglią do jakiegokolwiek konfliktu zbrojnego, ponieważ – skoro Anglia nie zna żadnych obecnych przyczyn sporu między obydwoma krajami – trudno jej sobie wyobrazić, gdzie, zgodnie z przedstawioną hipotezą, mogłyby one powstać w przyszłości. Anglia nie szuka kłótni i nigdy nie da Niemcom powodu do uzasadnionego oburzenia.
Nie jest to jednak kwestia, w której Anglia może bezpiecznie podejmować jakiekolwiek ryzyko. Zapewnienia niemieckich mężów stanu mogą w końcu okazać się nie bardziej szczere niż te dotyczące anglo-francuskiej ententy i niemieckich interesów w Maroku, albo mogą być udzielone szczerze, ale niemożliwe do spełnienia. Nie byłoby niesprawiedliwe stwierdzenie, że ambitne plany wobec sąsiadów nie są otwarcie głoszoną zasadą, a zatem brak takiego oświadczenia, a nawet deklarowanie nieograniczonej i powszechnej życzliwości politycznej, nie stanowią same w sobie rozstrzygającego dowodu na istnienie lub brak nieujawnionych zamiarów. Aspekt niemieckiej polityki z przeszłości, na który już zwrócono uwagę, uzasadniałby przekonanie, że dalszy rozwój w tym samym ogólnym kierunku nie stanowiłby zerwania z dotychczasowymi tradycjami i należy go uznać za co najmniej
możliwy. W obliczu takiej możliwości można z całą pewnością zapytać, czy słuszne, a nawet rozsądne byłoby, gdyby Anglia poniosła jakiekolwiek ofiary lub dopuściła do poświęcenia innych, przyjaznych narodów wyłącznie po to, by pomóc Niemcom w stopniowym budowaniu struktury powszechnej przewagi, w ślepej wierze, że korzystając z tej przewagi, Niemcy przyniosą światu bezwarunkowe korzyści oraz będą wspierać dobrobyt i szczęście wszystkich innych narodów, nie wyrządzając nikomu krzywdy. W rzeczywistości istnieją poważne powody, które sprawiają, że Anglii szczególnie trudno jest żywić takie zaufanie. Należy je przedstawić w odpowiednim miejscu.
Tymczasem ważne jest, aby jasno stwierdzić, że uznanie niebezpieczeństw związanych z tą sytuacją nie musi oznaczać i nie oznacza żadnej wrogości wobec Niemiec. Sama Anglia jako ostatnia oczekiwałaby, by jakikolwiek inny naród przyłączył się do niej w aktywnym wspieraniu czysto brytyjskich interesów, z wyjątkiem przypadków, w których okazałoby się to wykonalne z biznesowego punktu widzenia – jako wymiana usług za usługi. Niemniej jednak żaden Anglik nie byłby na tyle nierozsądny, by uznać taki brak zagranicznej współpracy w realizacji celów brytyjskich za przejaw antybrytyjskiej niechęci. Wszystko, o co Anglia ze swojej strony prosi – a jest to więcej, niż miała w zwyczaju otrzymywać – to aby w realizacji planów politycznych, które w żaden sposób nie wpływają szkodliwie na interesy stron trzecich, takich jak na przykład wprowadzenie reform w Egipcie wyłącznie z korzyścią dla miejscowej ludności, Anglia nie byłaby bezpodstawnie hamowana przez frakcyjną opozycję. Takie samo, a nawet szersze traktowanie Anglia zawsze będzie gotowa zapewnić innym krajom, w tym Niemcom. Przykłady takiej gotowości z przeszłości są równie liczne, co pouczające; i być może jest to właściwe miejsce, by powiedzieć kilka słów na temat specyficznego charakteru serii wydarzeń, które były charakterystyczne dla stosunków angielsko-niemieckich w ostatnich latach.
Tak często powtarzano – aż stało się to niemal dyplomatycznym banałem – że między Anglią a Niemcami, ponieważ nigdy nie doszło do rzeczywistego zderzenia interesów materialnych, nie ma również nierozstrzygniętych sporów dotyczących nierozwiązanych kwestii. Jednak, jak pokazują archiwa naszego Ministerstwa Spraw Zagranicznych, przez ostatnie dwadzieścia lat rządy niemieckie nieustannie zarzucały brytyjskim gabinetom brak przyjaznego nastawienia oraz uporczywy sprzeciw wobec niemieckich planów politycznych. Przegląd stosunków Wielkiej Brytanii w tym samym okresie z Francją, Rosją i Stanami Zjednoczonymi ujawnia dawne i rzeczywiste źródła konfliktów, wynikające z niedoskonale załatanych różnic sięgających wieków, nieelastycznych postanowień przestarzałych traktatów lub problemów związanych z nieuregulowanymi granicami kolonialnymi. Chociaż Anglii na szczęście udało się nadal żyć w pokoju z tymi krajami, zawsze pozostawały wystarczające elementy rozbieżności, by utrzymanie dobrych, by nie powiedzieć serdecznych, stosunków stało się niepokojącym problemem wymagającym ciągłej czujności, ostrożności, umiaru, opanowania i skłonności do pojednania. Gdy konkretne przyczyny tarć stawały się zbyt dotkliwe, zawierano specjalne porozumienia, które z reguły pozwalały uniknąć otwartego zerwania stosunków, nie rozwiązując jednak trudności, a raczej pozostawiając zalążek dalszych irytacji. Tak właśnie było w przypadku Francji aż do zawarcia porozumienia z 8 kwietnia 1904 roku.
Zupełnie inny obraz przedstawia seria wydarzeń, które naznaczają historię współczesnych stosunków angielsko-niemieckich od 1884 roku, kiedy to Bismarck po raz pierwszy wprowadził swój kraj na ścieżkę przedsięwzięć kolonialnych i morskich, a między obydwoma krajami wybuchły liczne spory. Wszystkie one mają jedną wspólną cechę – zostały zapoczątkowane przez akty bezpośredniej i jednoznacznej wrogości wobec Anglii ze strony rządu niemieckiego, a wrogość ta była okazywana z lekceważeniem podstawowych zasad uczciwego i honorowego postępowania, co budziło głębokie oburzenie kolejnych brytyjskich ministrów spraw zagranicznych. Być może jednak jeszcze bardziej godna uwagi jest ta inna cecha, również wspólna dla wszystkich tych sporów, że brytyjscy ministrowie, pomimo autentycznego oburzenia wywołanego sposobem, w jaki zostali potraktowani, w każdym przypadku chętnie zgadzali się na ustępstwa lub akceptowali kompromisy, które nie tylko wydawały się zaspokajać wszystkie niemieckie żądania, ale – jak przyznawały obie strony – miały na celu przywrócenie, o ile to możliwe, na solidniejszych podstawach więzi przyjaźni anglo-niemieckiej. Na pozór za każdym razem po tych odrębnych porozumieniach przywracano absolutną harmonię, a w przerwach między kolejnymi wybuchami konfliktu wydawało się prawdziwe – i było to nieustannie powtarzane – że nie może już być żadnego powodu do nieporozumień.
Osobliwe metody dyplomatyczne stosowane przez Bismarcka w związku z pierwszą niemiecką aneksją w Afryce Południowo-Zachodniej, uporczywy sposób, w jaki do ostatniej chwili wprowadzał lorda Ampthilla w błąd co do niemieckich ambicji kolonialnych, a następnie nagła zmiana stanowiska i narzekanie na brak zrozumienia dla „powszechnie znanej” polityki Niemiec; nagłe zajęcie Kamerunu przez niemieckiego lekarza, uzbrojonego w oficjalnie uzyskane brytyjskie listy polecające skierowane do miejscowej ludności, w momencie, gdy ogłoszono zamiar Anglii, by przychylić się do prośby tubylców o ustanowienie brytyjskiego protektoratu; celowe wprowadzenie w błąd Reichstagu i niemieckiej opinii publicznej poprzez opublikowanie rzekomych korespondencji z lordem Granville’em, które nigdy nie miały miejsca – mistyfikacja, o której Niemcy prawdopodobnie do dziś nie mają pojęcia; wywołanie głębokiego wybuchu nastrojów antyangielskich w całych Niemczech poprzez wojownicze i groźne przemówienia Bismarcka w parlamencie; nieudany niemiecki najazd na zatokę św. Łucji, udaremniony zaledwie dzięki czujności pana Rhodesa; wątpliwe działania, dzięki którym Niemcy ustanowili swoje roszczenia wobec znacznej części terytoriów sułtana Zanzibaru; wywieszenie niemieckiej flagi nad rozległymi obszarami Nowej Gwinei, natychmiast po skłonieniu Anglii do odłożenia w czasie jej już ogłoszonego zamiaru zajęcia właśnie niektórych z tych obszarów poprzez przedstawienie, że przyjazne porozumienie mogłoby najpierw wyznaczyć linię podziału rywalizujących roszczeń terytorialnych; niemieckie pretensje do wyparcia brytyjskich osadników z Fidżi i Samoa: te wydarzenia stanowią pierwsze doświadczenie brytyjskiego rządu z niemiecką wrogością zamaskowaną pod pozorem urażonej przyjaźni i niewinności. Dopiero niepewna sytuacja Anglii wynikająca z niedawnej okupacji Egiptu (starannie wspieranej przez Bismarcka), niebezpieczeństwo konfliktów z Rosją w Azji Środkowej (bezpośrednio podsycanych przez niemiecką misję specjalną w Sankt Petersburgu) oraz względna słabość brytyjskiej marynarki wojennej w tamtym czasie, co powstrzymało rząd Gladstone’a przed rozważeniem zdecydowanego oporu wobec tych niemieckich działań. Słusznie jednak uznano, że pomijając obraźliwy charakter zastosowanych metod, dążenia Niemiec – tak bezceremonialnie przełożone na praktykę – nie były poważnie sprzeczne z polityką brytyjską. Większość terytoriów ostatecznie przejętych przez Bismarcka została wcześniej odrzucona przez Anglię, a w przypadkach, w których ostatnio rozważano brytyjską okupację, celem nie było tyle zdobycie nowych prowincji, co zapobieżenie ich wpadnięciu w ręce protekcjonistycznej Francji, która nieuchronnie zniszczyłaby cały brytyjski handel. Wydaje się niemal pewne, że gdyby Niemcy od samego początku starały się osiągnąć poprzez przyjazne gesty wobec Anglii to, co ostatecznie zapewniły sobie po wykazaniu nieuzasadnionej agresywności, nie byłoby żadnych przeszkód na drodze do polubownego porozumienia satysfakcjonującego obie strony.
W rzeczywistości brytyjski rząd był zdecydowany uniknąć przedłużania sporu i, lojalnie akceptując sytuację spowodowaną gwałtownymi działaniami Niemiec, niezwłocznie zapewnił je o szczerym pragnieniu Anglii, by żyć z nimi w duchu absolutnej sąsiedzkiej życzliwości oraz utrzymać dawne serdeczne stosunki. Cały ten rozdział wydarzeń był typowy dla wielu nowych komplikacji o podobnym charakterze, które pojawiły się w kolejnych latach. Wraz z nadejściem rządów lorda Salisbury’ego w 1885 roku Bismarck uznał, że nadszedł moment, by zaprosić Anglię do opowiedzenia się po stronie Trójprzymierza
. Wydaje się, że od tego momentu przez dłuższy czas składano powtarzające się i natarczywe propozycje mające ten cel.* Chociaż rząd brytyjski był zbyt rozważny, by całkowicie porzucić tradycyjną politykę utrzymywania równowagi między mocarstwami kontynentalnymi, ostatecznie zdecydował się – w obliczu groźnej wówczas wrogiej postawy Francji i Rosji – pójść na tyle daleko w kierunku współpracy z Trójprzymierzem, by zawrzeć dwa tajne porozumienia śródziemnomorskie z 1887 roku. Jednocześnie lord Salisbury dał do zrozumienia, że jest gotów zgodzić się na niemiecką aneksję Samoa, której sfinalizowanie zostało zniweczone jedynie z powodu odmowy ze strony Stanów Zjednoczonych, by zrzec się na korzyść Niemiec swoich praw traktatowych dotyczących tej grupy wysp. Po tych nowych przejawach bliskich stosunków z Niemcami wkrótce jednak nastąpiły poważne spory spowodowane działaniami znanego dr. Carla Petersa i innych niemieckich agentów w Afryce Wschodniej. Plan dr. Petersa, stanowiący naruszenie obowiązujących traktatów, polegający na ustanowieniu niemieckiej władzy w Ugandzie, w poprzek linii komunikacyjnej biegnącej z Egiptu do źródeł Nilu, zakończył się niepowodzeniem, ale Anglia, która wcześniej pozostawiła sułtana Zanzibaru na pastwę niemieckich ambicji terytorialnych, uznała teraz niemiecką aneksję rozległych części jego lądowych posiadłości, ratując resztę poprzez spóźnione ogłoszenie brytyjskiego protektoratu. Cesja Helgolandu przypieczętowała odnowienie brytyjsko-niemieckiego braterstwa i towarzyszyło jej zwyczajowe zapewnienie ogólnego niemieckiego poparcia dla polityki brytyjskiej, zwłaszcza w Egipcie.
W tej i w innych sytuacjach angielski duch ugodowości posunął się tak daleko, że poświęcono kariery podległych brytyjskich urzędników, którzy nie zrobili nic więcej niż realizowali politykę swojego rządu w sposób tak godny, na jaki pozwalały okoliczności, a których postępowania rząd ten nie obarczał żadną winą, na rzecz bezlitosnej mściwości Niemiec, zgadzając się na ich odwołanie jako jeden z warunków ugody. W kilku przypadkach rząd niemiecki przyznawał, że brytyjski urzędnik nie ponosił żadnej winy, podczas gdy za winnego uznano wyłącznie niemieckiego oficera, ale domagał się, by nieuniknione usunięcie tego ostatniego ułatwić, a opinię publiczną wprowadzić w błąd poprzez równoczesne wycofanie jego brytyjskich współpracowników. W jednym z takich przypadków niemiecki konsul, po przeniesieniu z awansem na inne stanowisko, zaledwie kilka lat później został przywrócony na miejsce swoich pierwotnych błędów z wyższym stopniem konsula generalnego, bez żadnego protestu ze strony brytyjskiej.
Liczba brytyjskich urzędników, którzy w ten sposób zostali niesłusznie napiętnowani na przestrzeni kilku lat, nie jest znikoma, a pouczające jest obserwowanie, z jaką łatwością i z takim zapałem rząd niemiecki, naśladując w tym jednym z najgorszych i najmniej szanowanych słabości wielkiego Bismarcka, zwykle schodzi do poziomu atakowania osobistego charakteru i pozycji wszelkich przedstawicieli obcego państwa – często bez względu na ich skromną rangę – których wiedza, uczciwość i skuteczne wykonywanie obowiązków są postrzegane jako przeszkoda w realizacji jakiejś konkretnej, prawdopodobnie niezbyt uczciwej, sprawy.Takie intrygi były szczególnie widoczne w związku z upadkiem pana Delcassé, ale można by opowiedzieć wiele historii o podobnych działaniach skierowanych przeciwko osobom służącym rządowi hiszpańskiemu, włoskiemu i austriackiemu, a także brytyjskiemu.
Nie wydaje się konieczne szczegółowe omawianie sporów dotyczących granic niemieckich kolonii w Afryce Zachodniej oraz stref wpływów na terenach przyległych w latach 1903–1904, poza odnotowaniem gotowości do poświęcenia niewątpliwych brytyjskich praw wynikających z traktatów na rzecz pragnienia pogodzenia się z Niemcami, pomimo prowokacyjnych i obraźliwych działań jej agentów i urzędników; ani w porozumienie zawarte między Niemcami a Francją w sprawie zapewnienia tej ostatniej dostępu do Nigru – transakcja ta, jak
rząd niemiecki bez ogródek poinformował ambasadę brytyjską w Berlinie, miała na celu pokazanie, jak bardzo może stać się nieprzyjemna dla Anglii, jeśli ta nie wykaże większej gotowości do spełnienia niemieckich życzeń.
Być może częściowo to samo odczucie skłoniło Niemcy do zdecydowanego sprzeciwu wobec planu wynegocjowanego przez rząd lorda Rosebery’ego z Wolnym Państwem Kongo, mającego na celu połączenie brytyjskiego protektoratu Ugandy linią kolejową z jeziorem Tanganika. Nie wiązało się to z żadną cesją terytorialną, a głównym celem było umożliwienie całkowicie brytyjskiego połączenia tranzytowego koleją i parowcami jeziornymi od Przylądka Dobrej Nadziei do Kairu. To właśnie temu sprzeciwiły się Niemcy, choć nie wyjaśniono, w jaki sposób ucierpiałyby na tym ich interesy. Przy tej okazji Niemcy przyjęły wobec Anglii niezwykle groźny ton, a także dołączyły do Francji, która sprzeciwiała się innym częściom porozumienia anglo-kongijskiego, wywierając presję na króla Leopolda. Ostatecznie rząd brytyjski zgodził się na unieważnienie klauzul dotyczących dzierżawy pasa ziemi niezbędnego do budowy linii kolejowej, a Niemcy zadeklarowały, że są zadowolone.
Jeszcze bardziej niezwykłe było zachowanie rządu niemieckiego w odniesieniu do Transwalu. Specjalne postanowienia traktatowe, które podporządkowywały stosunki zagraniczne tego kraju kontroli Anglii, były oczywiście dobrze znane i rozumiane. Niemniej jednak nie ulega wątpliwości, że Niemcy wierzyły, iż dzięki jakimś szczęśliwym zbiegom okoliczności mogą mieć nadzieję, że pewnego dnia ustanowią swoją polityczną dominację nad Burami i zrealizują swoje marzenie o zajęciu pasa terytorialnego biegnącego ze wschodu na zachód przez całą Afrykę. Być może Niemcy sądziły, że uda im się skłonić Anglię do polubownego zrzeczenia się swoich praw w tych regionach, tak jak to miało miejsce wcześniej w innych rejonach, jednak w międzyczasie toczyły się liczne intrygi, których nie można nazwać inaczej niż aktywnie wrogimi. W Pretorii celowo podsycano w najbardziej demonstracyjny sposób sprzeciw wobec interesów brytyjskich, co w 1895 roku posunęło się tak daleko, że brytyjski ambasador w Berlinie musiał złożyć protest. Transwalu obiecano niemiecką pomoc finansową na zakup linii kolejowej w Zatoce Delagoa – brytyjskiego przedsiębiorstwa, które zostało nielegalnie skonfiskowane przez rząd portugalski i było wówczas przedmiotem międzynarodowego arbitrażu. Gdy oferta ta nie powiodła się, Niemcy zwróciły się bezpośrednio do rządu w Lizbonie z żądaniem, by natychmiast po zakończeniu postępowania arbitrażowego Niemcy i Portugalia rozstrzygnęły sprawę linii kolejowej w drodze wspólnego porozumienia. Istotne znaczenie miało również to, że w momencie brytyjskiej aneksji Amatongahand (1895 r.), położonego tuż na południe od granicy portugalskiej na wschodnim wybrzeżu, Niemcy uznały za konieczne ostrzec Anglię, że aneksja ta nie została uznana przez Transwal, oraz że zachęcały one do gorączkowej aktywności niemieckich handlarzy, którzy wykupywali wszystkie dostępne grunty wokół Zatoki Delagoa. W tym samym roku, w następstwie sugestii, że „sprzeciw Anglii wobec niemieckich interesów w Zatoce Delagoa”— o których żaden brytyjski rząd nie był wcześniej informowany — została uznana przez Niemcy za jedną z uzasadnionych przyczyn ich niechęci wobec Anglii, rząd niemiecki dołożył wszelkich starań, by ogłosić, że utrzymanie niepodległości Transwalu leży w niemieckim interesie narodowym. Następnie nastąpił rozdział dotyczący najazdu Jamesona i słynnego telegramu cesarza do prezydenta Krügera. Wrogi charakter tej demonstracji był doskonale rozumiany przez rząd cesarza, ponieważ wiemy, że poczyniono przygotowania do zabezpieczenia niemieckiej floty na wypadek brytyjskiego ataku. Jednak w pewnym sensie najważniejszym aspektem tego incydentu było to, że po raz pierwszy brytyjska opinia publiczna uświadomiła sobie wrogi charakter oficjalnej polityki Niemiec; opinia ta, która do tej pory – dzięki troskliwym staraniom swojego rządu mającym na celu zminimalizowanie skutków nieustannych tarć z Niemcami oraz zapobiegania eskalacji tych tarć poprzez ukrywanie w miarę możliwości nieprzyjemnych szczegółów agresywnego zachowania Niemiec, praktycznie nie zdawała sobie sprawy z uporczywego, pogardliwego traktowania ich kraju przez germańskich kuzynów. Bardzo zdecydowane stanowisko brytyjskiej opinii publicznej wobec charakteru ewentualnej niemieckiej interwencji w Afryce Południowej skłoniło rząd niemiecki – choć nie społeczeństwo niemieckie – do porzucenia planu wyparcia Anglii z Pretorii. Jednak za tę „ofiarę” Niemcy, zgodnie ze swoim zwyczajem, zażądały ceny – mianowicie brytyjskiej zgody na zwrot im niektórych kolonii portugalskich w przypadku ich ewentualnego podziału i przejęcia przez inne mocarstwa. Cena została zapłacona. Jednak sposób, w jaki Niemcy najpierw zastraszyły rząd portugalski, a następnie praktycznie zmusiły oburzone brytyjskie gabinet do wyrażenia z góry zgody na ten konkretny plan grabieży najstarszego sojusznika Anglii, wywołał głębokie oburzenie lorda Salisbury’ego, tym bardziej, bez wątpienia, że w tym czasie był już w pełni świadomy, iż to „przyjazne” rozstrzygnięcie nieporozumień z Niemcami nie będzie trwalsze niż wiele poprzednich. Kiedy zaledwie dwanaście miesięcy później cesarz, nie zrażony swoim niedawnym formalnym „porzuceniem Burów”, zagroził, że o ile kwestia ostatecznej własności Samoa, będąca wówczas przedmiotem negocjacji, nie zostanie niezwłocznie rozstrzygnięta na korzyść Niemiec, będzie musiał ponownie rozważyć swoje stanowisko w brytyjskim konflikcie z Transwalem, który wówczas miał zostać poddany rozstrzygnięciu wojennej arbitrażu, nie można się dziwić, że rząd brytyjski zaczął tracić nadzieję na osiągnięcie kiedykolwiek stanu zadowalających stosunków z Niemcami poprzez kontynuowanie drogi przyjaznych ustępstw i kompromisów. Jednak nawet wtedy nie podjęto żadnej próby poszukiwania nowej drogi. Umowa, na mocy której Samoa ostatecznie stało się niemieckie, została należycie podpisana, pomimo poważnych protestów naszych australijskich kolonii, których uczucia zostały rozgniewane przez cyniczne lekceważenie, z jakim niemieccy agenci w tej grupie, przy jawnym poparciu swojego rządu, od dawna naruszali wyraźne postanowienia ustawy o Samoa uzgodnionej w Berlinie przez trzy zainteresowane mocarstwa w 1889 roku. A kiedy wkrótce po wybuchu wojny południowoafrykańskiej Niemcy zagroziły najbardziej zdecydowaną wrogością, o ile Anglia nie zrezygnuje z wykonywania jednego z najstarszych i najsilniej ugruntowanych praw wojennych w działaniach morskich, a mianowicie przeszukiwania i postawienia przed sądem kaperskim neutralnych statków handlowych podejrzanych o przewóz kontrabandy, Anglia po raz kolejny wolała polubowne porozumienie, w ramach którego praktycznie zrzekała się swoich niewątpliwych praw, niż wdawanie się w nowy spór z Niemcami. Duch, w jakim ta więcej niż pojednawcza postawa została odebrana w Berlinie, stał się jasny, gdy zaraz potem niemiecki kanclerz otwarcie chwalił się w Reichstagu, że zmusił Anglię, demonstrując niemiecką stanowczość, do porzucenia jej absolutnie niesprawiedliwego roszczenia do ingerowania w niekwestionowane prawa państw neutralnych, a także gdy cesarz zwrócił się następnie do swojego narodu z apelem o przyspieszenie budowy potężnej floty niemieckiej, ponieważ tylko brak przewagi morskiej uniemożliwił Niemcom w tej sytuacji jeszcze bardziej drastyczne dochodzenie niemieckich interesów.
Wystarczy tu jedynie krótka wzmianka o tym, w jaki sposób rząd niemiecki w czasie wojny południowoafrykańskiej podsycał kampanię ohydnych oszczerstw prowadzoną w całym Niemczech przeciwko reputacji armii brytyjskiej, a żaden urzędnik rządowy ani razu nie zabrał głosu, by temu zaprzeczyć; i to pomimo wiernych raportów, o których wiadomo, że zostały przekazane ich rządowi przez niemieckich oficerów przydzielonych do brytyjskich sił zbrojnych w terenie. Kiedy Reichstag w bezprecedensowy sposób przystąpił do podważania postępowania brytyjskiego ministra, książę Bülow miał możliwość wyjaśnienia swoim słuchaczom prawdziwych faktów, które zostały rażąco zniekształcone. Wiemy, że znał prawdę. Dysponujemy relacją z jego długiej rozmowy z wybitnym i reprezentatywnym angielskim dżentelmenem, która miała miejsce dwa tygodnie po słynnym przemówieniu pana Chamberlaina, które rzekomo było przyczyną obrazy, ale którego poprawna wersja, ujawniająca bezpodstawność oskarżenia, została opublikowana w popularnej niemieckiej gazecie. Książę stwierdził wówczas, że jego rząd nie miał w tamtym momencie żadnego powodu do narzekań na postawę brytyjskich ministrów, jednak kilka dni później posunął się do wyrażenia w Reichstagu swojego poparcia dla gwałtownego niemieckiego oburzenia wywołanego rzekomą wypowiedzią pana Chamberlaina oraz domniemanymi okrucieństwami armii brytyjskiej, o których wiedział, że opierają się na kłamstwach. Dostojna odpowiedź pana Chamberlaina doprowadziła do niezwykle wytrwałych starań ze strony kanclerza, by uzyskać od rządu brytyjskiego przeprosiny za obrazę polegającą na sprzeciwie wobec jego zniesławiających insynuacji, a gdy wszystkie te wysiłki zakończyły się niepowodzeniem, dał jednak do zrozumienia w Reichstagu, że rząd brytyjski przedstawił wyjaśnienie, w którym odrzucał wszelkie zamiary ze swojej strony, by poprzez to, co zostało powiedziane, sugerować jakąkolwiek zniewagę wobec Niemiec.
Jakby nic z tego nie miało miejsca, nowe niemieckie żądania w innej dziedzinie, którym towarzyszyły te same przejawy wrogości, ponownie spotkały się – choć być może z coraz większą niechęcią – ze starą gotowością do wyświadczenia przysługi. Działania Niemiec w Chinach od dawna są wyraźnie nieprzyjazne wobec Anglii. W 1895 roku Niemcy próbowały uzyskać od chińskiego rządu stację węglową na wyspach Chusan, u ujścia Jangcy, bez uprzedniej konsultacji z rządem brytyjskim, którego prawa preferencyjne do tej grupy wysp, ustanowione traktatem, były oczywiście powszechnie znane. Sposób, w jaki uzyskano Kiao-chau – niezależnie od tego, jak nieuzasadniony może się on wydawać według jakichkolwiek uznanych standardów postępowania politycznego – nie dotyczył Anglii bardziej niż innych mocarstw, które w swoich traktatach deklarowały poszanowanie integralności i niezależności Chin. Niemcy nie zadowoliły się jednak zajęciem portu, planowały również wchłonięcie całej rozległej i żyznej prowincji Shandong. Przyznanie uprzywilejowanych praw, które Niemcy wywalczyły od chińskiego rządu, zostało uzyskane w niemałym stopniu dzięki oficjalnemu zapewnieniu, że ich roszczenia mają poparcie Anglii, która – co nie trzeba dodawać – nigdy nie została o tym poinformowana ani nie konsultowano się z nią, a która, jak powszechnie wiadomo, była absolutnie przeciwna postanowieniom, które – wbrew uroczystym brytyjskim prawom traktatowym – miały na celu zamknięcie tej cennej prowincji dla brytyjskiego handlu i przedsiębiorczości.
Mniej więcej w tym samym czasie Niemcy potajemnie zwróciły się do Rosji w celu zawarcia porozumienia, dzięki któremu Niemcy uzyskałyby również tak bardzo pożądaną przyczółek nad rzeką Jangcy, uważaną wówczas praktycznie za brytyjską domenę. Gdy propozycje te zostały odrzucone, Niemcy pragnęły przynajmniej uniemożliwić Anglii uzyskanie tego, czego same nie zdołały zapewnić. Zaproponowały one brytyjskiemu rządowi bezinteresowne porozumienie, przewidujące, że żadne z mocarstw nie będzie dążyć do uzyskania jakichkolwiek korzyści terytorialnych na chińskich terytoriach, a jeśli jakakolwiek trzecia potęga spróbuje tego dokonać, obie strony podejmą wspólne działania.
Rząd brytyjski nie ukrywał swojej ogromnej niechęci wobec tego porozumienia, słusznie przewidując, że Niemcy milcząco wyłączą z jego zakresu swoje własne plany dotyczące Shandungu, a także wszelką rosyjską agresję w Mandżurii, podczas gdy Anglia uroczyście zrezygnuje z wszelkich szans, jakie mogłaby mieć na ugruntowanie swojej ciężko wywalczonej pozycji nad Jangcy. Tak właśnie, oczywiście, stało się później. Nie było żadnego oczywistego powodu, dla którego Anglia miałaby zgodzić się na to bezinteresowne wiązanie sobie rąk. Nie zaoferowano ani nawet nie zasugerowano żadnej rekompensaty, a brytyjskie upodobanie do tego rodzaju jednostronnych transakcji nie wynikało z wcześniejszych doświadczeń. Niemniej jednak polityka pojednania z Niemcami poprzez spełnienie ich wyraźnych życzeń po raz kolejny zwyciężyła, a porozumienie zostało podpisane z przewidywalnymi konsekwencjami: rosyjska agresja w Mandżurii została uznana za całkowicie wykraczającą poza zakres postanowień tego, co niemiecki kanclerz zadbał o nazwanie „porozumieniem Jangcy”, jakby jego warunki odnosiły się specjalnie do tego ograniczonego obszaru Chin, a niemieckie plany dotyczące Shandongu są do dziś wytrwale realizowane.
Jednak Niemcy nie zadowoliły się brytyjską rezygnacją z wszelkich roszczeń terytorialnych. Dzięki podstępnym i nieuczciwym manewrom, w ramach których – opierając się na czysto fikcyjnych opowieściach o brytyjskich planach zajęcia różnych chińskich miejsc o znaczeniu strategicznym (opowieści tych starannie przekazywano również rządowi francuskiemu) – Niemcy wywalczyły od dworu pekińskiego dalsze odrębne i tajne gwarancje przeciwko rzekomym brytyjskim zamiarom, przy okazji zakończenia wspólnej brytyjsko-francusko-niemieckiej okupacji Szanghaju, ujawniły tak wielką nieuczciwość w postępowaniu wobec rzekomych przyjaciół, że lord Lansdowne scharakteryzował to w najsurowszych słowach, co jednak nie przeszkodziło mu w przedstawieniu tego incydentu parlamentowi w formie dokumentów, z których starannie usunięto niemal każdy ślad obraźliwej postawy Niemiec, aby nie pogorszyć naszych stosunków z Niemcami. A stało się to po tym, jak raporty naszych oficerów wykazały, że postępowanie wojsk niemieckich w północnych Chinach, oraz nadzwyczajne traktowanie ze strony niemieckiego sztabu generalnego wobec kontyngentów brytyjskich i indyjskich, służących z lojalnością nieporównywalną z żadną inną międzynarodową siłą zbrojną pod najwyższym dowództwem hrabiego Waldersee, wywołały najgłębszą możliwą niechęć we wszystkich szeregach, od brytyjskiego dowódcy generalnego po najniższego rangą indyjskiego żołnierza.
Również rząd brytyjski nie miał żadnych oporów, by wkrótce potem serdecznie współpracować z Niemcami w sporze z Wenezuelą, i dopiero presja opinii publicznej, która stopniowo zaczęła postrzegać taką współpracę w jakimkolwiek celu politycznym jako niezgodną zarówno z interesami brytyjskimi, jak i z brytyjską godnością, doprowadziła to wspólne przedsięwzięcie do bardzo nagłego i nieco nieudolnego końca.
Dzisiaj, tak samo jak w każdym innym momencie od 1884 roku, w przerwach między kolejnymi incydentami i ich rozstrzygnięciami, pozostaje faktem, że praktycznie wszystkie znane niemieckie żądania zostały spełnione, a zatem obecnie nie ma żadnej przyczyny zakłócającej spokój stosunków anglo-niemieckich. Do tego stopnia, że ambasador Niemiec w Londynie, odpowiadając na powtarzające się pytania o to, jakie konkretne kwestie ma na myśli jego rząd, gdy nieustannie odnosi się do swojego gorącego pragnienia poprawy tych stosunków, niezmiennie ucieka się do najogólniejszych frazesów, takich jak palące pragnienie, które ogarnia niemieckiego kanclerza, by pozostawać w jak najbardziej serdecznych stosunkach z Francją, oraz o spełnienie tego pragnienia dzięki pośrednictwu rządu brytyjskiego.
W niniejszym artykule nie wspomniano o kampanii prowadzonej przeciwko temu krajowi w prasie niemieckiej, na którą w pewnym stopniu reagowały gazety angielskie. Jest wysoce wątpliwe, czy kampania ta miała jakikolwiek wpływ na kształtowanie postawy obu rządów, a ci, którzy upatrują w kontrowersjach prasowych głównej przyczyny tarć między Niemcami a Anglią i którzy w konsekwencji wierzą, że tarcia te można usunąć poprzez braterskie spotkania dziennikarzy oraz wzajemne wizyty mniej lub bardziej znanych i mniej lub bardziej bezinteresownych grup turystów, nie zapoznali się wystarczająco – a w większości przypadków po prostu nie byli w stanie zapoznać się – z zapisami faktycznych wydarzeń, które miały miejsce, a które jasno pokazują, że to bezpośrednie działania rządu niemieckiego były jedyną wystarczającą przyczyną wszelkich przeszkód utrudniających utrzymanie normalnych, przyjaznych stosunków między obydwoma krajami, Jeśli w tym kontekście należy przypisywać jakiekolwiek znaczenie niemieckiej prasie, to tylko w takim zakresie, w jakim jest ona manipulowana i pozostaje pod wpływem oficjalnego Biura Prasowego, oddziału Kancelarii Kanclerza w Berlinie, którego ukryty wpływ nie ogranicza się do granic Cesarstwa Niemieckiego. Wpływ ten dostrzega się w Nowym Jorku, Petersburgu, Wiedniu, Madrycie, Lizbonie, Rzymie i Kairze, a nawet w Londynie, gdzie ambasada niemiecka utrzymuje poufne i w dużej mierze niebudzące podejrzeń relacje z wieloma szanowanymi i szeroko czytanymi gazetami. Ta nieco nieprzyjemna sprawa znajdowała się do niedawna w nieudolnych rękach zmarłego kanclerza ambasady, którego wysiłki skupiają się obecnie na Kairze. Jednak niezależnie od tego, kto się tym zajmuje, wiadomo, że w Carlton House Terrace przetrwała tradycja wyrażania poglądów rządu niemieckiego z myślą o brytyjskiej opinii publicznej, a nawet o brytyjskim rządzie, przy użyciu innych, mniej bezpośrednich metod niż przewidziany kanał otwartej komunikacji z sekretarzem stanu ds. spraw zagranicznych.
Nie ma tu pretensji do wyczerpującego przeglądu stosunków anglo-niemieckich, który w rzeczywistości stanowi jedynie krótkie odniesienie do niektórych istotnych i typowych wydarzeń, które charakteryzowały te stosunki w ciągu ostatnich dwudziestu lat. Pozostaje trudniejsze zadanie wyciągnięcia logicznych wniosków. Bezpośrednim celem niniejszego badania było ustalenie, czy istnieje jakakolwiek rzeczywista i naturalna podstawa do konfliktu między Anglią a Niemcami. Wykazano, że takie antagonizmy faktycznie istniały w znacznym stopniu przez długi okres, ale były one spowodowane całkowicie jednostronną agresywnością, a ze strony Anglii najbardziej pojednawcze nastawienie szło w parze z nieustanną gotowością do przywrócenia przyjaznych stosunków poprzez kolejne ustępstwa.
Można by wywnioskować, że antagonizm ten jest zbyt głęboko zakorzeniony w względnej pozycji obu krajów, by można go było przezwyciężyć za pomocą tego rodzaju tymczasowych środków, po które Anglia sięgała tak długo i tak cierpliwie. Zgodnie z tym poglądem należałoby założyć, że Niemcy celowo prowadzą politykę, która jest zasadniczo sprzeczna z żywotnymi interesami Wielkiej Brytanii, oraz że w dłuższej perspektywie nie da się uniknąć konfliktu zbrojnego, chyba że Anglia albo poświęci te interesy – co spowodowałoby utratę jej pozycji jako niezależnej wielkiej potęgi – albo stanie się na tyle silna, by nie dać Niemcom szansy na zwycięstwo w wojnie. Takie jest zdanie tych, którzy w ogólnym kierunku polityki Niemiec dostrzegają niezbity dowód na to, że kraj ten świadomie dąży do ustanowienia niemieckiej hegemonii, najpierw w Europie, a ostatecznie na całym świecie.
Po tym wszystkim, co zostało powiedziane w poprzednich akapitach, bezcelowe byłoby zaprzeczanie, że może to być prawidłowa interpretacja faktów. Istnieje jeszcze jeden dowód, który wydaje się to potwierdzać: taka koncepcja polityki światowej stanowi być może jedyne w pełni spójne wyjaśnienie uporu, z jakim Niemcy dążą do budowy potężnej floty wojennej, mając jawny cel, by powoli, ale pewnie stworzyć broń zdolną zastraszyć każdego potencjalnego wroga, bez względu na to, jak potężny byłby on na morzu.
W tej argumentacji jest jednak jedna oczywista luka. Gdyby niemiecki plan był tak dalekosiężny i dogłębnie przemyślany, jak sugeruje ten pogląd, to nawet dla najprostszego umysłu niemieckiego powinno być jasne, że jego powodzenie musi w znacznym stopniu zależeć od tego, by Anglia pozostała wobec niego ślepa i była utrzymywana w dobrym nastroju aż do momentu, gdy nadejdzie pora zadania ciosu śmiertelnego dla jej potęgi. Nie tylko opłacałoby się Niemcom, ale byłoby ich nadrzędnym obowiązkiem – w oczekiwaniu na rozwój ich sił – zdobyć i utrzymać przyjaźń Anglii wszelkimi dostępnymi środkami. Żaden bezstronny krytyk nie mógłby powiedzieć, że ta podstawowa zasada strategiczna była dotychczas choćby w najmniejszym stopniu przestrzegana przez rząd niemiecki.
W tym kontekście warto odnieść się do niezwykłego artykułu opublikowanego w jednym z ostatnich numerów „Preussische Jahrbücher”, którego autorem jest dr Hans Delbrück, wybitny redaktor tego znakomicie prowadzonego i wpływowego czasopisma. Artykuł ten w sposób bardzo szczery i bezstronny omawia kwestię, czy Niemcy mogłyby – nawet gdyby chciały – z powodzeniem realizować ambitną politykę ekspansji, która sprawiłaby, że podążyłyby śladami Ludwika XIV i Napoleona I. W
wyniku tych rozważań autor doszedł do wniosku, że o ile Niemcy nie chcą narazić się na te same przytłaczające sojusze, które zniweczyły francuskie marzenia o powszechnej dominacji, muszą zdecydowanie i otwarcie zrezygnować z wszelkich planów dalszego poszerzania swoich granic oraz zastąpić plan aneksji terytorialnych szlachetniejszą ambicją szerzenia kultury niemieckiej poprzez propagowanie niemieckich ideałów w wielu zakątkach świata, gdzie mówi się po niemiecku lub przynajmniej gdzie język ten jest nauczany i rozumiany.
Nie należy przypisywać zbyt wielkiego znaczenia pojawieniu się takiego artykułu w kraju, w którym wpływ opinii publicznej na prowadzenie spraw państwowych jest notorycznie słaby. Można jednak z niego słusznie wywnioskować, że zamysł przypisywany Niemcom przez inne narody był – i być może nadal jest – w nieokreślony sposób pielęgnowany przez wpływowe kręgi, w tym być może sam rząd, ale że odpowiedzialni mężowie stanu muszą być w pełni świadomi praktycznej niemożliwości jego realizacji.
Być może istnieje zatem inne spojrzenie na ten problem: można by zasugerować, że wielki niemiecki plan jest w rzeczywistości jedynie wyrazem niejasnej, zagmatwanej i niepraktycznej sztuki rządzenia, która nie do końca zdaje sobie sprawę z własnego kierunku. Łagodny krytyk mógłby dodać, na wyjaśnienie, że dobrze znane cechy umysłu i temperamentu, wyróżniające – na dobre lub na złe – obecnego władcę Niemiec, mogą w dużej mierze odpowiadać za ten nieobliczalny, dominujący, i często wręcz agresywnego ducha, który obecnie dostrzega się w każdej dziedzinie niemieckiego życia publicznego, a nie tylko w obszarze polityki zagranicznej; oraz że ten duch wywołał te przejawy niezadowolenia i niepokoju zarówno w kraju, jak i za granicą, z którymi świat staje się coraz bardziej zaznajomiony; że w rzeczywistości Niemcy nie wiedzą tak naprawdę, do czego zmierzają, i że wszystkie ich posunięcia i alarmy, wszystkie ich podstępne intrygi nie przyczyniają się do konsekwentnej realizacji dobrze przemyślanego i nieustannie realizowanego systemu politycznego, ponieważ w rzeczywistości nie stanowią one części żadnego takiego systemu. Jest to hipoteza niepochlebna dla rządu niemieckiego i trzeba przyznać, że można by wysunąć wiele argumentów przeciwko jej zasadności. Pozostaje jednak faktem, że również na podstawie tej hipotezy można by wyjaśnić większość faktów dotyczących obecnej sytuacji.
Należy oczywiście wyłączyć okres, w którym Bismarck pełnił funkcję kanclerza. Założenie, że tak wielki mąż stanu nie miał pełnej jasności co do celów swojej polityki, byłoby reductio ad absurdum każdej hipotezy. Jeśli zatem hipoteza ta ma być uznana za słuszną, należy przedstawić rozsądne wyjaśnienie postępowania Bismarcka wobec Anglii po 1884 roku oraz inne wyjaśnienie utrzymującej się wrogości Niemiec po jego upadku w 1890 roku. Można wykazać, że pogląd ten jest mniej absurdalny, niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka.
Bismarck cierpiał z powodu tego, co hrabia Schuvaloff nazwał le cauchemar des coalitions. Nie ulega wątpliwości, że szczególnie obawiał się wrogiego sojuszu Francji i Rosji przeciwko jego krajowi oraz że, jako pewny sposób przeciwdziałania temu zagrożeniu, pragnął wciągnąć Anglię do Trójprzymierza lub przynajmniej zmusić ją do samodzielnej konfrontacji z Francją i Rosją, co nieuchronnie postawiłoby ją po stronie Niemiec. Zdawał sobie sprawę z niechęci Anglii do uwikłania się w sojusze oraz do jakiejkolwiek polityki zdecydowanego dochodzenia praw narodowych, która uczyniłaby z niej mocarstwo, z którym Francja i Rosja musiałyby poważnie się liczyć. Bismarck miał jednak również niską opinię o zdolności angielskich ministrów do stawiania oporu zdecydowanej presji. Najwyraźniej wierzył, że może zmusić ich do wyboru między Niemcami a powszechną opozycją wobec Anglii. Kiedy zamieszanie kolonialne w Niemczech dało mu okazję, najprawdopodobniej postanowił uświadomić Anglii, że pokora i brak determinacji w sprawach zagranicznych nie stanowią polityki; że najmądrzejszym, a z pewnością najmniej nieprzyjemnym rozwiązaniem dla niej jest wytyczenie zdecydowanego kursu w kierunku, który zapewniłby jej przyjaźń Niemiec; oraz że we współpracy z Niemcami leży zarówno wolność od międzynarodowych kłopotów, jak i bezpieczeństwo, podczas gdy odmowa współpracy pociąga za sobą niechlubne konflikty oraz perspektywę, że Niemcy staną po stronie Francji i Rosji w konkretnym celu, jakim jest zaszkodzenie interesom brytyjskim.
Takie wyjaśnienie zyskuje na wiarygodności dzięki faktowi, że – zgodnie z własnym wyznaniem Bismarcka – przed 1866 rokiem prowadził on ściśle analogiczną politykę w stosunkach z mniejszymi państwami niemieckimi. Prusy celowo znęcały się nad nimi i sprawiały, że wszystkie czuły się niekomfortowo, mając głębokie przekonanie, że w imię pokoju i spokoju pójdą one raczej za przykładem Prus niż Austrii. Kiedy wybuchła wojna z 1866 roku, Bismarck musiał zdać sobie sprawę, że z wyjątkiem kilku małych księstw, które były praktycznie enklawami w Królestwie Prus, wszystkie mniejsze państwa niemieckie opowiedziały się po stronie Austrii. Podobnie pod koniec swojej kariery musiał zacząć dostrzegać, że jego polityka zastraszania Anglii w celu wymuszenia przyjaźni zakończyła się niepowodzeniem, pomimo pewnych ulotnych oznak sukcesu. Jednak do tego czasu zwyczaj zastraszania i obrażania Anglii stał się niemal tradycją w berlińskim Ministerstwie Spraw Zagranicznych, a następcy Bismarcka, którzy – jak wskazują inne dowody – odziedziczyli po nim bardzo niewiele z jego zdolności politycznych i determinacji, wydają się traktować ten zwyczaj jako politykę samą w sobie, a nie jako metodę dyplomatyczną mającą na celu osiągnięcie dalszego celu. Podczas gdy wielki kanclerz zmusił Anglię do ustępstw w sprawach budzących zastrzeżenia bardziej ze względu na sposób ich przedstawienia niż na samą ich treść, traktując ją nieco w stylu Ryszarda III zabiegającego o względy Lady Ann, następcy Bismarcka najwyraźniej zaczęli uważać za swój ostateczny i samowystarczalny cel wywalczenie od Anglii cennych ustępstw poprzez agresywne groźby i uporczywe nagabywanie, ponieważ doświadczenie Bismarcka pokazało, że Anglia jest podatna na tę formę perswazji bez ryzyka wzbudzenia w niej trwałej niechęci.
Jeśli, wyłącznie w celach analogicznych i ilustracyjnych – przy czym nie należy traktować tego porównania ani jako dosłownego, ani jako lekceważącego – to działania Niemiec wobec tego kraju od 1890 roku można by nie bez powodu porównać do postępowania zawodowego szantażysty, który wyłudza pieniądze od swoich ofiar, grożąc im niejasnymi i strasznymi konsekwencjami w razie odmowy. Uleganie groźbom szantażysty wzbogaca go, ale od dawna jednolite doświadczenia dowodzą, że choć może to zapewnić ofierze chwilowy spokój, z pewnością doprowadzi to do ponownych nękań i wyższych żądań po coraz krótszych okresach przyjaznej wyrozumiałości. Działalność szantażysty zostaje zazwyczaj zniweczona przez pierwsze zdecydowane przeciwstawienie się jego żądaniom oraz determinację, by raczej stawić czoła wszelkim ryzykom potencjalnie nieprzyjemnej sytuacji, niż podążać ścieżką niekończących się ustępstw. Jednak w przypadku braku takiej determinacji jest więcej niż prawdopodobne, że stosunki między obiema stronami będą się stopniowo pogarszać.
Jeśli da się w ten – być może niezbyt pochlebny – sposób wyjaśnić uporczywie agresywne zachowanie rządu niemieckiego wobec Anglii oraz wynikający z tego stan niemal nieustannych tarć, pomimo pozorów przyjaźni, to ogólnie niespokojna, wybuchowa i niepokojąca aktywność Niemiec w stosunku do innych państw znalazłaby swoje wyjaśnienie częściowo w tym samym podejściu do nich, a częściowo w sugerowanym braku konkretnych celów i zamierzeń politycznych.Mądry niemiecki mąż stanu dostrzegłby granice, w których musi się mieścić każda polityka światowa, która nie ma na celu sprowokowania wrogiego sojuszu wszystkich narodów chwytających za broń. Zdałby sobie sprawę, że budowla pangermanizmu, wraz z jej odległymi bastionami w Niderlandach, w krajach skandynawskich,
w Szwajcarii, w niemieckich prowincjach Austrii oraz nad Adriatykiem, nigdy nie mogłaby powstać na innym fundamencie niż na gruzach wolności Europy. Należy uznać, że niemiecka supremacja morska jest nie do pogodzenia z istnieniem Imperium Brytyjskiego, a nawet gdyby to Imperium przestało istnieć, połączenie największej potęgi lądowej z największą potęgą morską w jednym państwie zmusiłoby świat do zjednoczenia się w celu pozbycia się takiego koszmaru. Przejęcie kolonii nadających się do niemieckiej kolonizacji w Ameryce Południowej nie da się pogodzić z doktryną Monroe’a, która stanowi fundamentalną zasadę politycznej wiary Stanów Zjednoczonych. Stworzenie niemieckich Indii w Azji Mniejszej ostatecznie zależeć będzie od niemieckiej dominacji na morzu albo od niemieckiego podboju Konstantynopola i krajów leżących pomiędzy obecnymi południowo-wschodnimi granicami Niemiec a Bosforem. Chociaż każdy z tych wielkich planów wydaje się niemożliwy do zrealizowania w warunkach choćby zbliżonych do obecnych na świecie, wygląda na to, że Niemcy bawią się nimi wszystkimi jednocześnie, a tym samym świadomie skupiają na swojej drodze wszystkie przeszkody i sprzeciwy świata, któremu rzucają wyzwanie. Fakt, że Niemcy tak postępują, pomaga udowodnić, jak niewiele logicznego i spójnego planu oraz nieustępliwego celu kryje się za porywczą zmiennością, oszałamiającymi niespodziankami i lekceważącym ignorowaniem wrażliwości innych narodów, które są tak charakterystyczne dla ostatnich przejawów niemieckiej polityki.
Jeśli uzna się za konieczne sformułowanie i przyjęcie teorii, która będzie pasować do wszystkich ustalonych faktów dotyczących niemieckiej polityki zagranicznej, wybór musi spoczywać między dwiema przedstawionymi tu hipotezami:
Albo Niemcy zdecydowanie dążą do ogólnej hegemonii politycznej i dominacji morskiej, zagrażając niezależności swoich sąsiadów, a ostatecznie istnieniu Anglii;
Albo Niemcy, wolne od jakichkolwiek tak jednoznacznych ambicji i myślące na razie jedynie o wykorzystaniu swojej uzasadnionej pozycji i wpływów jako jednej z wiodących potęg w radzie narodów, dążą do promowania swojego handlu zagranicznego, szerzenia dobrodziejstw niemieckiej kultury, rozszerzania zasięgu swoich narodowych wysiłków, oraz tworzyć nowe niemieckie interesy na całym świecie, gdziekolwiek i kiedykolwiek nadarzy się pokojowa okazja, pozostawiając niepewnej przyszłości decyzję, czy wielkie zmiany na świecie nie przypiszą kiedyś Niemcom większego udziału w bezpośrednich działaniach politycznych w regionach, które obecnie nie wchodzą w skład ich terytoriów, bez naruszania ustalonych praw innych krajów, co wiązałoby się z każdym takim działaniem w obecnych warunkach politycznych. W obu przypadkach Niemcy z pewnością postąpiłyby mądrze, budując tak potężną flotę wojenną, na jaką tylko mogą sobie pozwolić.
Powyższe alternatywy wydają się wyczerpywać możliwości wyjaśnienia przedstawionych faktów. Wybór, jaki się nasuwa, jest wąski i niełatwo go dokonać z dużą dozą pewności. Po głębszym zastanowieniu okaże się jednak, że nie ma rzeczywistej konieczności, aby rząd brytyjski ostatecznie określił, którą z dwóch teorii dotyczących polityki niemieckiej przyjmie. Jest bowiem jasne, że drugi scenariusz (polegający na półniezależnej ewolucji, nie całkowicie pozbawionej wsparcia ze strony polityki państwowej) może na każdym etapie przekształcić się w pierwszy, czyli świadomy, scenariusz planowy. Co więcej, gdyby kiedykolwiek plan ewolucyjny miał zostać zrealizowany, pozycja, jaką w ten sposób uzyskałyby Niemcy, stanowiłaby oczywiście równie poważne zagrożenie dla reszty świata, jak przedstawiałaby to jakakolwiek celowa ekspansja mająca na celu osiągnięcie podobnej pozycji z „złośliwym zamiarem”.
Wydaje się zatem, że element zagrożenia, obecny jako widoczny czynnik w jednym przypadku, pojawia się również – choć w pewnym przebraniu – w drugim; a wobec takiego zagrożenia, czy to rzeczywistego, czy potencjalnego, wydaje się wskazana ta sama ogólna linia postępowania. Nie powinno być trudno pokrótce nakreślić tę linię postępowania w taki sposób, by zyskała ona poparcie wszystkich osób kompetentnych do wydania osądu w tej sprawie.
Dopóki Anglia pozostaje wierna ogólnej zasadzie zachowania równowagi sił, jej interesom nie służyłoby sprowadzenie Niemiec do rangi słabego mocarstwa, ponieważ mogłoby to łatwo doprowadzić do dominacji francusko-rosyjskiej, równie groźnej, jeśli nie bardziej, dla Imperium Brytyjskiego. Nie istnieją żadne niemieckie prawa – terytorialne ani inne – których ten kraj chciałby widzieć ograniczone. Dlatego dopóki działania Niemiec nie wykraczają poza granice uzasadnionej ochrony istniejących praw, mogą one zawsze liczyć na sympatię, dobrą wolę, a nawet moralne wsparcie ze strony Anglii.
Ponadto nie byłoby ani sprawiedliwe, ani rozsądne z politycznego punktu widzenia ignorować roszczenia do zdrowej ekspansji, do której taki energiczny i rozwijający się kraj jak Niemcy ma naturalne prawo w ramach uzasadnionych dążeń. Anglia nigdy nie odmawiała ani nie wahała się przed szczerym uznaniem tego prawa żadnemu obcemu państwu. Należy przypomnieć, że Cesarstwo Niemieckie zawdzięcza ekspansję, jaka już miała miejsce, w niemałym stopniu współpracy Anglii lub jej duchowi ugodowości, a także brytyjskiej zasadzie równych szans i braku faworyzowania. Nie może być dobrą polityką ze strony Anglii udaremnianie takiego procesu rozwoju, o ile nie koliduje on bezpośrednio ani z interesami brytyjskimi, ani z interesami innych narodów, z którymi Anglię wiążą uroczyste zobowiązania traktatowe. Jeśli Niemcy, w granicach wyznaczonych przez te dwa warunki, znajdą sposób na pokojowe i honorowe zwiększenie swojego handlu i żeglugi, zdobycie stacji węglowych lub innych portów, uzyskanie praw do wyładunku kabli lub zapewnienie sobie koncesji na wykorzystanie niemieckiego kapitału lub przemysłu, Anglia nigdy nie powinna stawać im na drodze.
Również nie jest rolą rządów brytyjskich sprzeciwianie się budowie przez Niemcy tak dużej floty, jaką uznają one za niezbędną lub pożądaną dla obrony swoich interesów narodowych. Cechą charakterystyczną niezależnego państwa jest to, że o takich sprawach decyduje ono samodzielnie, bez jakiejkolwiek ingerencji z zewnątrz, a Anglii, dysponującej potężnymi flotami, nie przystoi dyktować innemu państwu, co jest dla niego dobre w sprawach o najwyższym znaczeniu narodowym. Pomijając kwestię tego, co jest słuszne, a co nie, można również argumentować, że nic nie skłoniłoby Niemiec bardziej do kontynuowania programów budowy okrętów niż jakakolwiek próba takiego dyktatu. Ponadto, można tu dodać na marginesie, nic nie wywoła w Niemczech silniejszego wrażenia praktycznej beznadziejności niekończącej się serii kosztownych programów marynarki wojennej niż przekonanie, oparte na widocznych dowodach, że na każdy niemiecki okręt Anglia nieuchronnie zwoduje dwa, utrzymując w ten sposób obecną względną przewagę brytyjską.
Byłoby prawdziwą korzyścią, gdyby determinacja, by nie utrudniać Niemcom ich uzasadnionej i pokojowej ekspansji, ani jej planów rozwoju marynarki wojennej, została wyrażona w sposób jak najbardziej oczywisty i autorytatywny, pod warunkiem, że jednocześnie zadbano by o to, by jasno dać do zrozumienia, iż ta życzliwa postawa ustąpi miejsca zdecydowanemu sprzeciwowi przy pierwszych oznakach negatywnego wpływu na interesy brytyjskie lub sojusznicze. Już samo to prawdopodobnie przyczyniłoby się bardziej do nawiązania trwale zadowalających stosunków z Niemcami niż jakikolwiek inny kierunek działania.
Nie jest mało prawdopodobne, że Niemcy wkrótce ponownie zwrócą się, jak to dotychczas wielokrotnie czyniły, o „bliskie porozumienie” z Anglią. Aby przygotować się na taką ewentualność, należy przede wszystkim rozważyć, co dokładnie oznacza ta prośba. Porozumienie anglo-francuskie miało bardzo konkretną podstawę i namacalny cel – mianowicie wyeliminowanie szeregu faktycznie istniejących poważnych sporów. Wysiłki podejmowane obecnie przez Anglię w celu osiągnięcia porozumienia z Rosją są uzasadnione bardzo podobną sytuacją. Nie ma jednak miejsca na porozumienie anglo-niemieckie oparte na tych samych zasadach, ponieważ nie dałoby się go zbudować na tych samych fundamentach. Wykazano już, że obecnie między tymi dwoma krajami nie ma żadnych istotnych kwestii spornych. Jakiekolwiek porozumienie musi zatem mieć zupełnie inny cel i zakres. Niemcy mogą dążyć do porozumienia o współpracy w konkretnych celach, czy to ofensywnych, czy defensywnych, czy też ogólnie politycznych lub gospodarczych, ograniczonych pewnymi granicami geograficznymi, albo do porozumienia o charakterze samookaleczającym, zobowiązującego strony do powstrzymania się od pewnych działań lub nieingerowania w nie. Albo też upragnione porozumienie mogłoby zawierać połączenie dowolnych lub wszystkich tych różnych elementów. W obecnych warunkach politycznych nie ma powodu, by Anglia wchodziła w sojusze ofensywne lub defensywne z Niemcami, a traktowanie takiej możliwości jako kwestii otwartej byłoby obecnie mało uczciwe. Zgoda Wielkiej Brytanii na jakąkolwiek inną formę współpracy lub system nieingerencji musi zależeć wyłącznie od okoliczności, konkretnych cech oraz zalet ewentualnych propozycji. Anglia będzie gotowa, tak jak zawsze, rozważyć i omówić wszystkie takie propozycje z punktu widzenia tego, jak wpłyną one na interesy brytyjskie. Niemcy muszą się w tym względzie zadowolić dokładnie takim samym traktowaniem, jak każde inne mocarstwo.
Nie ma twierdzenia bardziej nieprawdziwego ani bardziej niesprawiedliwego niż to, że Anglia kiedykolwiek w ostatnim czasie wykazała – lub prawdopodobnie wykaże w przyszłości – stronniczość wobec Niemiec lub niemieckich propozycji jako takich, albo też wykazała jakąkolwiek nieuczciwość w rozpatrywaniu, wyłącznie na podstawie ich merytorycznej wartości, jakiejkolwiek kwestii mającej wpływ na jej stosunki z Niemcami. Oskarżenie to jest szeroko powtarzane. Jest to stały motyw wszystkich podburzających tyrady przeciwko rządowi brytyjskiemu, które pochodzą bezpośrednio lub pośrednio z berlińskiego biura prasowego. Jednak nikt nigdy nie był w stanie przedstawić ani odrobiny dowodu na poparcie tego zarzutu, który wytrzymałby weryfikację. Faktem jest oczywiście to, że – jak pan Balfour czuł się zmuszony zauważyć przy pewnej okazji w rozmowie z ambasadorem niemieckim – niemieckie komunikaty kierowane do rządu brytyjskiego nie miały na ogół zbyt przyjemnego charakteru i, o ile charakter ten nie ulegnie znacznej zmianie, jest więcej niż prawdopodobne, że w przyszłości takie komunikaty spotkają się z nieprzyjemnymi odpowiedziami. Istnieje bowiem jedna droga, która – jeśli przeszłe doświadczenia mogą służyć za wskazówkę na przyszłość – z całą pewnością nie doprowadzi do trwałej poprawy stosunków z żadnym mocarstwem, a już najmniej z Niemcami, i którą należy zatem porzucić: jest to droga wybrukowana łaskawymi brytyjskimi ustępstwami – ustępstwami dokonywanymi bez przekonania ani o ich słuszności, ani o tym, że są one równoważone przez równoważne usługi wzajemne. Należy definitywnie porzucić próżne nadzieje, że w ten sposób Niemcy można „przebłagać” i skłonić do większej przyjazności. Być może takie nadzieje są nadal szczerze pielęgnowane przez osoby nieodpowiedzialne, nieświadome – być może z konieczności – historii stosunków anglo-niemieckich z ostatnich dwudziestu lat, których nie da się lepiej opisać niż jako historię systematycznej polityki bezinteresownych ustępstw, polityki, która doprowadziła do wysoce rozczarowującego wyniku, jakim jest niemal nieustanny stan napięcia panujący między tymi dwoma krajami. Osoby piastujące odpowiedzialne stanowiska, których zadaniem jest zdobywanie informacji i postrzeganie rzeczy takimi, jakimi są naprawdę, nie mogą sumiennie żywić żadnych złudzeń w tej kwestii.
Jednak i w tym przypadku błędem byłoby przypuszczać, że jakakolwiek dyskryminacja ma na celu postawienie Niemiec w niekorzystnej sytuacji. Wręcz przeciwnie, ta sama zasada będzie naturalnie obowiązywać w przypadku wszystkich innych mocarstw. Warto rzeczywiście spojrzeć wstecz na stosunki brytyjskie z Francją przed i po 1898 roku. Wystarczy zajrzeć do oficjalnych dokumentów, by przekonać się, że od 1882 roku Anglia spełniała coraz więcej francuskich żądań i godziła się na naruszenia brytyjskich praw w tym samym duchu gotowości do ustępstw, jaki charakteryzował jej stosunki z Niemcami. Nie było więc niczym niezwykłym, że każdy kolejny rząd francuski prowadził politykę „wyciskania” Anglii, aż do kryzysu w roku Fashody, kiedy to stawką była obrona brytyjskiej pozycji w górnym biegu Nilu. Ówczesny francuski minister spraw zagranicznych argumentował, podobnie jak jego poprzednicy, że angielski pozorny sprzeciw był jedynie połowiczny i załamie się w obliczu uporczywego zagrożenia francuskim niezadowoleniem. Nic nie mogło go przekonać, że Anglia mogłaby w kwestii tego rodzaju przyjąć postawę nieugiętego oporu. To właśnie to błędne wrażenie, uzasadnione w oczach francuskiego gabinetu wnioskami wyciągniętymi z brytyjskiej praktyki politycznej, doprowadziło oba kraje na skraj wojny. Kiedy rozdział dotyczący Fashody zakończył się zasłużoną porażką Francji, kraj ten przez pewien czas pozostawał bardzo ponury, a wrogowie Anglii cieszyli się, wierząc, że między obydwoma narodami powstała teraz nie do pokonania przepaść. W rzeczywistości wydarzenia w Fashodzie okazały się początkiem nowego rozdziału w stosunkach anglo-francuskich. Stosunki te, po kilku latach utrzymywania się na raczej formalnym poziomie, nie zostały od tamtej pory zakłócone żadnymi nieprzyjemnymi incydentami. Francja zachowywała się bardziej poprawnie i wydawała się mniej podejrzliwa i nieczuła niż to było w jej zwyczaju, a na drodze prowadzącej ostatecznie do porozumienia z 1904 roku nie pojawiła się żadna nowa przeszkoda.
Chociaż Niemcy nie spotkała taka porażka, jak ta, z jaką zmierzyła się Francja w 1898 roku, wydarzenia związane z konferencją w Algeciras wydają się wywrzeć na rządzie niemieckim efekt nieoczekiwanego objawienia, wyraźnie wskazującego na nowego ducha, w jakim Anglia zamierza regulować swoje postępowanie wobec Francji z jednej strony i Niemiec z drugiej. To, że wynik ten był dla Niemiec bardzo poważnym rozczarowaniem, jasno pokazało poruszenie, jakie wywołało w kraju podpisanie Aktu z Algeciras, przy czym środowiska oficjalne, półoficjalne i nieoficjalne prześcigały się w wyrażaniu swojego zdumionego niezadowolenia. Czas, który upłynął od tamtej pory, był bez wątpienia krótki. Można jednak zauważyć, że w tym okresie nasze stosunki z Niemcami, choć nie były do końca serdeczne, to przynajmniej praktycznie pozbawione były wszelkich oznak bezpośrednich tarć, i można odnieść wrażenie, że Niemcy zastanowią się dwa razy, zanim teraz doprowadzą do jakiegokolwiek nowego sporu. Takie podejście zostanie przez nie wzmocnione, jeśli ze strony Anglii spotkają się z niezmienną uprzejmością i wyrozumiałością we wszystkich sprawach będących przedmiotem wspólnego zainteresowania, ale także z szybką i stanowczą odmową zawierania jakichkolwiek jednostronnych układów lub porozumień oraz z najbardziej nieugiętą determinacją w obronie brytyjskich praw i interesów w każdym zakątku świata. Nie ma pewniejszego ani szybszego sposobu na zdobycie szacunku rządu niemieckiego i narodu niemieckiego.
Źródło: https://policymemos.hks.harvard.edu/resource/memorandum-present-state-british-relations-france-and-germany
Whats Going down i’m new to this, I stumbled upon this I’ve discovered It positively helpful and it has helped me out loads. I am hoping to give a contribution